Ognisko Miłości

ŚWIADECTWA

Takie warunki sprawiły, że moje wszystkie skorupy rozmiękły i mogłam wreszcie zająć się wchłanianiem. A Duch sączył się, i karmił, i poił…

Pomyślałam, że napiszę do Was „na fali” porekolekcyjnego oszołomienia, żeby w pełni oddać to, co dzieje się w moim sercu i głowie.
Czuję się jak po egzotycznej podróży – za dużo myśli, uczuć i wrażeń, żeby sklecić konstruktywną anegdotę i odpowiedzieć bliskim na proste pytanie –
„no i jak tam było?”. Było świetnie. Bosko! Nie przepadam za patosem, no i nie potrafię specjalnie żonglować nomenklaturą właściwą świadectwom, ale nie sposób oprzeć się potrzebie pisania, by inni mieli szansę nie przegapić. A przegapić łatwo. Wspólnota mieszcząca się niby w centrum, a na wsi. Niby blisko, a w krzakach. Jechałam na rekolekcje – niby fajne, ale nie znam księdza (żaden „topowy”, pewnie słabo gada). Niby temat dobry, a miejsca wolne były jeszcze w sierpniu (zagapiliśmy się z zapisami na te „oblegane”). Tak sobie myślałam, pakując się z Jarkiem i 4 w samochód. W rzeczywistości Pan Bóg, po raz nie wiem już który, pstryknął mnie w nos i chyba trochę wyśmiał. Pokazał mi ludzi i miejsce wybrane przez siebie dla mnie. Tak, że absolutnie każda część mojej osoby (mózg, serce, zmysły) doznała olśnienia. Wspólnota – ks. Sławek z ekipą, skład z ENDu, miejsce, czas, słowa, gesty, czyny… żadnej mowy o przypadku. I dzieci poszły z opiekunkami – wszystkie 4! Takie warunki sprawiły, że moje wszystkie skorupy rozmiękły i mogłam wreszcie zająć się wchłanianiem. A Duch sączył się, i karmił, i poił. Na jutrzniach, Mszach i adoracjach. Na konferencjach, dyskusjach i w przypadkowych rozmowach. Wszystko jakby stało się znakiem, potwierdzeniem Jego działania. Jestem wdzięczna wszystkim za ten czas. Owoce tych rekolekcji będą obecne w moim życiu już zawsze. 
W szczegółach opowiem Panu Bogu w modlitwie i za Was wszystkich podziękuję. Bóg zapłać!
Zosia

To bardzo ważne – móc się na chwilę wyłączyć i skupić na relacji z Panem Bogiem.

Przede wszystkim każdemu małżeństwu polecam udanie się na podobne rekolekcje, gdzie można pomieszkać i pomilczeć razem. 
To bardzo rozwijające dla związku. Były to zaledwie 3 dni, a ja zdążyłam napisać list do swojego męża (długopisem na kartce!), czego nie robiłam już chyba 2 lata. Ponadto przebywanie w jednym domu z mężem i Panem Jezusem tak blisko czyni relację prawdziwszą. Zarówno z jednym, jak i Drugim “Ukochanym”. 
Temat rekolekcji również okazał się być dla mnie ważny. Cudowne to uczucie wejść do czystego pokoju, przyjść na przygotowany i smaczny obiad i wiedzieć, że w razie kłopotu, czy mając jakieś pytania, można się do was zwrócić, nie łamiąc milczenia. Dla takich osób jak my, zapracowanych i łapiących każdą chwilę na próbę ogarnięcia domu, ugotowania obiadu, zajęcia się dzieckiem, to bardzo ważne – móc się na chwilę “wyłączyć” i skupić na relacji z Panem Bogiem.
Raz jeszcze dziękuję za ten czas rekolekcji.
Basia

Otrzymałam to wszystko, a nawet jeszcze więcej.

Chciałam złożyć świadectwo i wyrazić wdzięczność Panu Bogu i ludziom za czas, który spędziłam na rekolekcjach dla osób samotnie wychowujących dzieci.
Jestem mamą, która samodzielnie wychowuje kilkuletnią córeczkę. Od dłuższego czasu poszukiwałam miejsca, gdzie mogłabym wyjechać i wypocząć, oczywiście wraz z dzieckiem. Chciałam, aby to był czas w jedności z Bogiem, a nie tylko zdrowa strefa klimatyczna, komfort wypoczynku i ładne krajobrazy. Otrzymałam to wszystko a nawet jeszcze więcej. Wyszukałam w internecie rekolekcje dla osób samotnie wychowujących dzieci w Ognisku Miłości w Olszy, nie znając miejsca, nie słysząc nawet nigdy o nim. Codziennym elementem dnia była Eucharystia, gdzie dzieci przychodziły do Jezusa w swym dziecięctwie i naturalności:) Nie brakowało również zajęć rekreacyjno-sportowych, a w ostatnim dniu – ogniska. Nie umiem wyrazić w słowach swej wdzięczności Wspólnocie za: opiekę nad naszymi dziećmi, za dar Słowa, za modlitwę i opiekę nad nami, za ich otwarte drzwi i serca.
Z całego serca zachęcam do uczestnictwa w rekolekcjach, gdzie Pan Bóg działając przez innych ludzi pomaga nieść krzyż samotnego rodzicielstwa.
Marta

Mamy wspólnego “Znajomego”, który jest gwarantem tego, że jesteśmy rodziną – Ojca, Jezusa i Ducha Świętego.

Pozwólcie mi, proszę, podziękować za wspólną noc Zesłania Ducha Świętego i podzielić się na gorąco tym, czego doświadczyłam. Byłam na czuwaniu po raz trzeci i za każdym razem doświadczałam (być może tej samej) łaski, ale w różny sposób. Wczoraj, słysząc Wasze osobiste świadectwa, poczułam się jak zaufany gość, którego wpuściliście do swojego życia. Kiedyś, gdy czuwania były w innym stylu, czułam się jak gość, który jest przyjmowany z radością i “omadlany”; tym razem czułam, że nie przyjmujecie mnie, ale dajecie siebie, przystęp do siebie, a to wyraz zaufania, wręcz kredyt zaufania. To sprawia, że rodzi się więź duchowa…
To było tak, jakbyśmy wcześniej karmieni byli tym, co najlepszego przygotowaliście dla nas jako mile widzianych gości, a tym razem już nie czymś specjalnie dla gości, lecz tym czym karmicie się sami. To tak, jak moja siostra zawsze mówiła, że ja u niej nie jestem gościem, ale rodziną, czyli mam dostęp do wszystkiego, czym sama żyje. I właśnie moje wczorajsze doświadczenie nie wypływało z tego, że już jakiś czas się znamy, ale z tego, że mamy wspólnego “Znajomego”, który jest gwarantem tego, że jesteśmy rodziną – Ojca, Jezusa i Ducha Świętego. Powiem też, że czułam się dziwnie (w bardzo pozytywnym znaczeniu) – chwilami miałam wrażenie, że jestem tam sama przed Najświętszą Obecnością (choć cały czas wiedziałam, że wszyscy tam są). A chwilami miałam wrażenie odwrotne, że mnie jakby nie było, a tylko wszyscy inni, a ze mnie jest tam tylko modlitwa – zresztą bez słów. Myślę, że to jest właśnie adoracja i być może poczucie wspólnoty czy też jedności, o której mówił i o którą modlił się Jezus. Pozostały mi po tym spotkaniu wielki pokój i radość w sercu. Ten pokój ogarnął mnie już wtedy, kiedy po raz pierwszy weszłam wczoraj do kaplicy. Tak,  jakbym po długiej, mączącej i stresującej podróży dotarła do celu, do kresu, możne do bezpiecznej przystani. Wszystkie troski świata i mojego życia – trudno to zwerbalizować – były gdzieś na zewnątrz… To chyba tak, jak małe dziecko,  kiedy jest w ramionach silnego dużego taty i wtedy czuje się absolutnie bezpieczne i we właściwym miejscu. A kiedy on trzyma je na rękach, wysoko, to wtedy może z góry, z dystansu popatrzeć na swoje zabawki i nabrać odwagi, by znowu próbować je poukładać. Pozostało mi po tym doświadczaniu jeszcze poczucie pewności, utwierdzenie, że zawsze, kiedy zechcę i kiedy zapotrzebuję, mogę wdrapać się na kolana i na ramiona tego “Taty”, by znowu nabierać dystansu do tego, co jest we mnie i wokół mnie, by pobyć w najbezpieczniejszym miejscu na świecie… w adoracji przed Najświętszym Sakramentem. Może to brzmi dziwnie,  ale naprawdę trudno to wyrazić słowami.
Dziękuję Bogu za to, że jesteście, a Wam za to, że każdego dnia odpowiadacie na swoje powołanie i trudzicie się, by dochować mu wierności.
Niech Was Bóg błogosławi i strzeże, niech pomnaża owoce waszej pracy i przymnaża Wam pomocników.
Z wdzięcznością i modlitwą.
Dorota