ŚWIADECTWA

Poza domem, a jednak w domu.

Zostawiamy cały nasz świat i jedziemy wraz z mężem na rekolekcje do Ogniska Miłości w Olszy/26.XII.16-01.01.17 „Nie ma innego fundamentu, jak ten, który jest położony – Jezus Chrystus”. Ponieważ będzie to kolejne spotkanie z dziełem Marty w tym domu rekolekcyjnym, troszeczkę wiemy, co nas czeka. Domyślamy się, że Ojciec Wspólnoty ze swoją mądrością i delikatnością kolejny raz ubogaci nas duchowo. Pewne było, że pozostali członkowie Wspólnoty swoją serdecznością i kompetencją pomogą w dobrym przeżyciu rekolekcyjnego skupienia. Przełom roku, czas bardzo rodzinny, spędzony poza domem, a jednak w domu. Duchowo poczuliśmy, że wypływamy na głębie. Tym razem w naszym przeżywaniu Sylwestra nie było sali operowej, balowej czy górskiego kurortu, była Marta Robin i jej urzeczywistniona misja. Przeżyliśmy piękny czas: z modlitwą, miłością, spokojem i współodczuwaniem z drugim człowiekiem – tak blisko! Rekolekcje przeszły nasze oczekiwania. Naszym pragnieniem jest, jeżeli Bóg pozwoli, spędzenie tego czasu za rok także w Ognisku.
Katarzyna i Piotr

Mój krzyż jest mozaiką.

To, co odkryłam na rekolekcjach z Martą: „Przyjąć i ukochać własne życie”, to odpowiedź na moje pytanie: „na czym naprawdę polega mój krzyż?” Okazało się, że mój krzyż jest krzyżem codzienności. Jest mozaiką złożoną z kostek do zmywarki, końcówek od mopa, biletów na kolejkę podmiejską i małych karteczek typu „wrócę później” albo „wywiadówka u Adasia dziś o 18”. To nie jest ciężki krzyż. Ale taki strasznie kruchy, to się wszystko sypie. Jak zarzucić na plecy taki krzyż? Potrzebny jest klej, żeby coś z tego zrobić, może wtedy da się go wziąć i iść. Tym klejem jest miłość. Wszystko się sypie, jeśli jest za mało kleju.
A poza tym jak on wygląda? Bardzo niewyjściowy. Podczas tegorocznych ŚDM spotkałam misjonarza pracującego na drugiej półkuli, którego krzyż wydawał mi się barwny jak skrzydła rajskiego ptaka. Kiedy jednak podszedł bliżej, okazało się, że ta wielobarwna powierzchnia, to opakowania po żywności, którą misjonarz kupował sobie w sklepie dla zagranicznych turystów, bo mimo kilkuletniego pobytu nie mógł przyzwyczaić się do miejscowych potraw. To moje drugie rekolekcje w Ognisku. Myślę, że jeśli co roku tydzień spędzę w milczeniu w Olszy, a przez resztę roku będę solidnie współpracować z łaską, którą tam otrzymałam, to rzeczywiście mam szansę zostać świętą.
IS

Dla Boga nie ma nic niemożliwego.

Gdy tylko spotkaliśmy się, wiedziałam, że nie mogę tego zdarzenia zatrzymać dla siebie. Chcę dać świadectwo, że dla Boga nie ma nic niemożliwego i Jego Słowo jest Prawdą. 10 lat temu na rekolekcjach w Ognisku Miłości, gdy pytałam, jakie jest moje powołanie, otrzymałam Słowo: Mt 5,19, „Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, i złączą się ze swoją żoną i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są oboje, lecz jedno ciało.” Potem wiele miesięcy i lat, i nic – pustynia… A to Słowo otrzymałam jeszcze dwa razy. Coraz bardziej wątpiłam, że mężczyzna, który mi pomoże żyć w wierze, jest w moim wieku, będzie miał podobne zainteresowania i poczucie humoru – chodzi po tej ziemi. W Wielkim Poście, rok temu, dopadł mnie duży kryzys, a wtedy usłyszałam od ojca rekolekcjonisty, żeby spytać Boga jeszcze raz i poprosić o konkretny znak na tak. I co? Znów to samo: małżeństwo to moja droga. W maju na portalu ludzi z wartościami otrzymałam wiadomość: „Czy masz ochotę na korespondencję?”. Zawahałam się… Czy może być coś dobrego z Warszawy? No i ta odległość… Tydzień przed pierwszą randką byłam na rekolekcjach w Ognisku Miłości i podczas modlitwy wstawienniczej usłyszałam na koniec: „W twoją stronę idzie mężczyzna i to nie jest Pan Jezus”. Osoba, która to wypowiedziała, nic nie wiedziała, że niedawno kogoś poznałam. Pierwsze nasze spotkanie było czymś niesamowitym – początkowa trema minęła szybko po Eucharystii, a potem, w cieniu Jasnej Góry, kilka godzin rozmawialiśmy. Dałam  do zrozumienia, że jestem zainteresowana budowaniem tej relacji, ale zawsze uważałam, że to mężczyzna podejmuje decyzję na TAK lub NIE. Gdy Dominik wyraził ochotę na dalsze spotkania, zaczęliśmy, pokonując bariery odległości, widywać się raz w tygodniu. Ważne dla mnie wtedy zdanie powiedziała przyjaciółka: „To dobrze, że to po ludzku jest irracjonalne, bo jeśli to od Boga pochodzi, to przetrwa wszystko”.
Kolejne miesiące przynosiły wiele radości – okazało się, że tak wiele mamy wspólnego. Nic dziwnego, że tak szybko sobie zaufaliśmy, nie wstydząc się swoich słabości, stając się bliskimi przyjaciółmi. Staraliśmy się spędzać ze sobą każdą wolną chwilę, dużo rozmawiając i poznając swoich przyjaciół i rodziny.
28 stycznia Dominik poprosił mnie o rękę, również na Jasnej Górze – ten dzień stał się początkiem narzeczeństwa i przygotowania do małżeństwa. Coraz mocniej zaczęło do mnie docierać, dlaczego to Słowo Boże wypełniło się tak późno. Wiem, że musiałam dojrzeć, by uczyć się kochać bezinteresownie, przebaczać i nie stawiać siebie na pierwszym miejscu. I wiem, że jeszcze dużo pracy przede mną… Jestem Bogu wdzięczna, że serca Dominika nikt wcześniej nie zajął i czekało ono tylko na mnie! Wiele przed Nami – w końcu wspólne mieszkanie i budowanie Rodziny, radości i trudy dnia codziennego. Wierzymy, że pod opieką Świętej Rodziny, wspólnie modląc się i pracując, przejdziemy przez życie. Jeśli nad naszym gniewem nie będzie zachodzić słońce, to spotkamy się w Niebie +
Ula i Dominik

Takie warunki sprawiły, że moje wszystkie skorupy rozmiękły i mogłam wreszcie zająć się wchłanianiem. A Duch sączył się, i karmił, i poił…

Pomyślałam, że napiszę do Was „na fali” porekolekcyjnego oszołomienia, żeby w pełni oddać to, co dzieje się w moim sercu i głowie.
Czuję się jak po egzotycznej podróży – za dużo myśli, uczuć i wrażeń, żeby sklecić konstruktywną anegdotę i odpowiedzieć bliskim na proste pytanie –
„no i jak tam było?”. Było świetnie. Bosko! Nie przepadam za patosem, no i nie potrafię specjalnie żonglować nomenklaturą właściwą świadectwom, ale nie sposób oprzeć się potrzebie pisania, by inni mieli szansę nie przegapić. A przegapić łatwo. Wspólnota mieszcząca się niby w centrum, a na wsi. Niby blisko, a w krzakach. Jechałam na rekolekcje – niby fajne, ale nie znam księdza (żaden „topowy”, pewnie słabo gada). Niby temat dobry, a miejsca wolne były jeszcze w sierpniu (zagapiliśmy się z zapisami na te „oblegane”). Tak sobie myślałam, pakując się z Jarkiem i 4 w samochód. W rzeczywistości Pan Bóg, po raz nie wiem już który, pstryknął mnie w nos i chyba trochę wyśmiał. Pokazał mi ludzi i miejsce wybrane przez siebie dla mnie. Tak, że absolutnie każda część mojej osoby (mózg, serce, zmysły) doznała olśnienia. Wspólnota – ks. Sławek z ekipą, skład z ENDu, miejsce, czas, słowa, gesty, czyny… żadnej mowy o przypadku. I dzieci poszły z opiekunkami – wszystkie 4! Takie warunki sprawiły, że moje wszystkie skorupy rozmiękły i mogłam wreszcie zająć się wchłanianiem. A Duch sączył się, i karmił, i poił. Na jutrzniach, Mszach i adoracjach. Na konferencjach, dyskusjach i w przypadkowych rozmowach. Wszystko jakby stało się znakiem, potwierdzeniem Jego działania. Jestem wdzięczna wszystkim za ten czas. Owoce tych rekolekcji będą obecne w moim życiu już zawsze. 
W szczegółach opowiem Panu Bogu w modlitwie i za Was wszystkich podziękuję. Bóg zapłać!
Zosia