PRZY WIGILIJNYM STOLE

23 grudnia 2016 r.
Czas kończyć #przywigilijnymstole. Facebookowym Znajomym życzę dobrych spotkań w „realu”, mocnych uścisków, szczerych uśmiechów, serdecznych wzruszeń, zachrypnięcia od śpiewania kolęd, dużo radości. „Słowo stało się ciałem”. Nasze dobre myśli, oczekiwania, pragnienia z Jego pomocą niech stają się rzeczywistością. Z narodzeniem Jezusa niech i w nas nowe życie się rodzi.

22 grudnia 2016 r.
W gościnę do Zacheusza (Łk 19, 1-10) Jezus sam się wprosił, co nie mieściło się w zwyczajach, ale widząc „przełożonego celników, bardzo bogatego” wdrapującego się na drzewo, Mistrz nie musiał za mocno przejmować się konwenansami.
Zacheusz „przyjął Go rozradowany”, połowę majątku rozdał ubogim, a skrzywdzonych przez siebie wynagrodził poczwórnie. Kolacja z Jezusem nie była barwnym urozmaiceniem szarej codzienności. Po przyjęciu takiego Gościa i po takich decyzjach Zacheusz nie był już ten sam.
Skończą się święta, goście wyjadą do siebie albo my wrócimy do domu, i co dalej? Syndrom poniedziałku z opóźnionym zapłonem?
Czy święta będą skokiem w bok, by po nich wrócić dokładnie w to samo miejsce, czy krokiem do przodu?
Jeśli pozwolimy Jezusowi, by poruszył nasze serca. Jeśli Jego oczyma spojrzymy na siebie i na innych; przekażemy innym i przyjmiemy od nich życzliwość, radość, zgodę na różnorodność, doświadczenie jedności mimo różnic, wówczas to, co przeżyjemy, zmieni nas i nasze relacje z bliźnimi. Oby na długo.

21 grudnia 2016 r.
Jezus w domu faryzeusza Szymona (Łk 7, 36-50).
Gospodarz zlekceważył zasady gościnności. Natomiast „kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne […] przyniosła flakonik alabastrowy olejku, i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem”. Naturalnie, biesiadnicy byli oburzeni. Czy była ekscentryczną kontestatorką lubiącą zwracać na siebie uwagę niekonwencjonalnym zachowaniem? Jezus mówi, że „bardzo umiłowała”. I to był motyw jej działania.
Róbmy to, co uważamy za słuszne, ale nie z pozycji siły. Nie lekceważąc nikogo, nie bójmy się odrzucenia, niezrozumienia. Przeżywajmy święta po swojemu. Proponujmy to, co pogłębi przeżycie wigilijnej wieczerzy, np. przeczytanie Ewangelii o narodzinach Jezusa (Łk 2, 1-20) i śpiewanie kolęd. Składajmy szczere życzenia, okazujmy życzliwe zainteresowanie, mówmy, jak ważni są dla nas ci, z którymi spędzamy święta, jak ważny to dla nas czas, i dlaczego. Sprowadzajmy rozmowę na właściwe tory i próbujmy stworzyć (jeśli go nie ma) dobry klimat. Nie poddawajmy się natrętnemu pytaniu, „co o nas pomyślą”. Nie bójmy się być „słabi” przez okazanie oczekiwań, uczuć. Tamta kobieta leżała u stóp, ale „bardzo umiłowała” i przez to okazała się silna. Jeśli „bardzo miłujemy”, to róbmy swoje.

20 grudnia 2016 r.
Jezus w gościnie u Mateusza. (Dedykowane tym, którzy w swojej wierze i w sposobie przeżywania świąt czują się samotni wśród swoich.)
Celnik Mateusz (u Łukasza Lewi), który na słowa Jezusa „pójdź za Mną” zostawił wszystko, „wyprawił dla Niego wielkie przyjęcie u siebie w domu; a była spora liczba celników oraz innych, którzy zasiadali z nimi do stołu” (Łk 5, 29).
Celnicy i ci, „którzy zasiadali z nimi do stołu” to towarzystwo nie dla porządnych ludzi. Wysługujący się Rzymianom naciągacze, wykorzystujący „luki prawne”, żeby się dorobić na pobratymcach. Czy Jezus czuł się wśród nich dobrze? Owszem, mówiono o Nim: „przyjaciel celników i grzeszników” (Łk 7, 34), ale w domu Mateusza nic nie słychać, żeby ktoś się nawrócił oprócz gospodarza. Zapewne była to uczta, na której Mateusz obwieszczał dotychczasowym wspólnikom zmianę życia. Pewnie mu zależało, by zobaczyli jego Mistrza. Kto go zrozumiał? Kto z tych dorobkiewiczów z szacunkiem patrzył na biedaka z Nazaretu? Jakie spojrzenia na sobie czuł Jezus? Wiedział, gdzie idzie, a jednak poszedł. Ze względu na Mateusza.
Choćby Twoja wieczerza wigilijna była wśród osób obojętnych na sprawy Boże i w klimacie, którego nie lubisz, Jezus przyjdzie dla Ciebie jednego. A może też i na tamtych inaczej patrzy? Nie widząc w nich swoich (i Twoich) przeciwników, ale biedaków zamkniętych na radość Dobrej Nowiny.

19 grudnia 2016 r.
Gdy myślimy o spotkaniach świątecznych, o atmosferze, o rozmowach, o „trudnych” bliźnich, dobrze jest nie zgubić jednego: z jakiej to okazji to wszystko się dzieje. Okazji dostarczył nam Syn Boży, który stał się człowiekiem, Emmanuel = Bóg z nami. Zastanówmy się, jak On był goszczony.
„Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona” (Łk 10, 41-42). Jezus jest Wcielonym Słowem Bożym, a Maria Go słucha. Z tej chwili podarowanej przez Jezusa wybrała to, co istotne. Marta zaś nie za pracowitość została upomniana, lecz za to, że w tym zapracowaniu zatraciła zdolność odczytania znaczenia chwili. Można tak się przejąć rolą gospodarza, że nie mieć czasu dla gości (Gościa).
Im bardziej zapracowani jesteśmy, tym częściej powinniśmy pytać, czy poświęcamy czas „najlepszej cząstce”? Czy właśnie o to chodzi? Czy po to dana jest mi ta chwila? Czy robię to, co jest najważniejsze w przygotowaniu świąt? Czy po to są święta, by przesiedzieć je w kuchni?

18 grudnia 2016 r.
Aby była dobra atmosfera przy stole należy unikać pewnych tematów: o (nie)przyjmowaniu uchodźców, o Kościele, o „dobrej zmianie”, o wyborach w USA i w ogóle o polityce, a właściwie o gospodarce też, o służbie zdrowia, o szkolnictwie, o ekologii (o ociepleniu klimatu, o węglu, lasach), itd. Każda rodzina może kilka własnych zastrzeżonych tematów dorzucić. Zostaną dwa: o pogodzie i o kuchni (chociaż już o zdrowej diecie – niekoniecznie).
Czy rzeczywiście problem jest w temacie? Czy trzeba lawirować, żeby się nie pokłócić? Czy jesteśmy zdolni do rozmowy tylko z tymi, którzy myślą tak, jak my? O czym wówczas rozmawiać? Przytakiwać sobie nawzajem?
Żeby być RAZEM, trzeba umieć być OSOBNO. Dać sobie zgodę na różnice. Posłuchać z zainteresowaniem innego rozumowania, nie bojąc się, że utoniemy w relatywizmie. Nie wstydzić się za innych, choćby najbliższych (że źle się zachowują, głupio gadają) – niech działają na własny rachunek.
Nie musimy być w tłumie swoich, żeby czuć się bezpiecznie. Problem nie jest w temacie, tylko w naszym rozumieniu jedności (także przy stole): Czy chodzi o monolit, któremu zagraża każda rysa, czy o spotkanie OSÓB?

17 grudnia 2016 r.
Pytanie, czy jestem szczery w rozmowie prowadzi do pytania, kim jestem, z czym się utożsamiam. Jestem szczery, to znaczy moje słowa są zgodne z wnętrzem. Wczoraj postawiliśmy pytanie o to, co jest tym „wnętrzem”, co jest w nas najgłębiej, co nas najmocniej określa. Mam nadzieję, że zgadzamy się, że nie nasze emocje, tylko wartości, które wybraliśmy. Uważajmy jednak, bo łatwo pomylić ten wewnętrzny wybór z posiadanymi poglądami. Same poglądy nie dają nam prawa do poczucia wyższości. Możemy mieć bardzo szlachetne przekonania na temat koniecznej gościnności Europy wobec uchodźców i jednocześnie być obojętnymi wobec chorych czy samotnych członków własnej rodziny. Określają nas wartości, które wybraliśmy, ale nie jako „pogląd na świat”, lecz jako zasady kierujące działaniem. Nie spierajmy się więc (zwłaszcza przy stole świątecznym), czyje poglądy są lepsze. Pytajmy, czy zgodnie z nimi podejmujemy decyzje, czy potrafimy je przełożyć na konkret codzienności. Nie kłóćmy się o idee, tylko razem zróbmy coś dobrego.

16 grudnia 2016 r.
Cenimy SZCZEROŚĆ, drażni nas OBŁUDA. Zastanówmy się nad znaczeniem tych słów. Szczerość kojarzy się z prawdą, obłuda – z fałszem; szczerość – z odsłanianiem, obłuda – z ukrywaniem. Co odsłaniamy lub ukrywamy? Gdy w rozmowie nie kryjemy swojej niechęci, złości, poczucia wyższości; jeśli oceniamy i używamy epitetów, to dobrze, bo nazywamy rzeczy po imieniu, czyli jesteśmy prawdziwi? Gdy usiłujemy być uprzejmi, pojednawczy, nie używamy ostrych słów, nie osądzamy, to źle, bo jesteśmy obłudni?
Owszem, mamy być prawdziwi. Ale najpierw trzeba wiedzieć, co jest prawdą o mnie, z czym się utożsamiam? Z przelotnymi emocjami, nad którymi często nie panuję? Czy też z wartościami, które wybrałem i do których dążę, jak potrafię.
Jeśli okazywanie emocji, które ranią, uważam za szczerość, to znaczy, że utożsamiam się z nimi, że najgłębszą prawdą o mnie jest to, co czuję.
Jeśli chcę pokoju, dobrej atmosfery świątecznej, spotkania, w którym każdy będzie czuł się dobrze i dlatego ukryję trudne emocje, to pokazuję, że najgłębszą prawdą o mnie jest to, czego pragnę, do czego dążę.

15 grudnia 2016 r.
Z pewnymi osobami w święta WYPADA się spotkać. Nie lubimy ich, mamy pretensje o coś, ale w święta NIE WYPADA się spierać, wypominać sobie. Czy skazani jesteśmy na nieszczere uśmiechy i obłudę?
W wiekach XI–XIII w całej chrześcijańskiej Europie obowiązywało prawo zwane „treuga Dei” – pokój (rozejm) Boży. Zapewniało ono ochronę pewnym osobom (np. pielgrzymom) i nakazywało zawieszenie broni w wybranych dniach tygodnia i okresach roku. Oczywiście dotyczyło również okresu Bożego Narodzenia (do Trzech Króli). Ci, którzy bili się o ziemię, o władzę, o sławę, podporządkowując się prawu pokazywali, że istnieją dla nich inne wartości.
Nie chodzi o udawanie przy stole, ale o pokazanie (choćby sobie samemu, gdyby druga strona tego nie rozumiała), że są ważniejsze sprawy niż te, o które się codziennie spieramy. I nie prowadzimy wojen w święta. Gdy odłożymy na bok broń i przedmiot sporu, może dostrzeżemy w naszym „adwersarzu” kogoś więcej niż autora zachowań nie do zaakceptowania?

14 grudnia 2016 r.
To, co trudne w relacjach, to nie jednorazowa krzywda, zranienie, niezrozumienie. Nie to, co było – z tym można sobie poradzić -, lecz to, co trwa. Jeśli ktoś chce nami rządzić, albo jeśli jest obojętny, skupiony tylko na sobie, nieprzyjemny w sposobie bycia, to święta go zmienią?
Co możemy zrobić?
Pan Jezus mówi do uczniów: „nie martwcie się przedtem, co macie mówić; ale mówcie to, co wam w owej chwili będzie dane. Bo nie wy będziecie mówić, ale Duch Święty” (Mk 13, 10). Wprawdzie jest tu mowa o stawianiu uczniów wobec sądów, ale możemy uogólnić, bo przecież trudne spotkanie jest w jakimś sensie „sądem” – ujawnia prawdę o nas, o naszych granicach cierpliwości, tolerancji, odporności…
Nie nastawiajmy się więc na walkę. Nie próbujmy przewidzieć sytuacji, nie planujmy swoich reakcji. Od „trudnego bliźniego” możemy się uzależnić: ciągle o nim myśleć, dostosowywać swoje zachowania do przewidywanych reakcji.
Walczmy o wewnętrzną wolność, o wierność sobie. „Gdzie jest Duch Pański – tam wolność” (2 Kor 3, 16).

13 grudnia 2016 r.
Kiedyś, gdy poszczono w dzień wigilijny, wieczerza odbywała się wcześniej niż dziś, ale nigdy przed zapadnięciem zmroku (nigdy przed ukazaniem się pierwszej gwiazdy na niebie). Wokół stołu ciepło i jasno, a na zewnątrz mrok i (przeważnie) mróz.
Oby nie można było tego obrazu zastosować jako alegorii naszego stosunku do świata: my, sami swoi, dobrzy i mądrzy, a tuż za drzwiami – zło i ciemnota.
Wspólnota stołu to nie klika, koteria, klan, oblężony obóz… Nie budujmy jedności między sobą przez wspólną niechęć do kogokolwiek.
Nie wylewajmy z siebie negatywnych uczuć wobec nieobecnych, nie plotkujmy o nich (plotkowanie to mówienie prawdy – tylko że złej i niepotrzebnie), nie używajmy sobie na przeciwnikach politycznych czy na kimkolwiek. W ogóle nie mówmy źle o innych.
Jeśli wylewamy z siebie złość i siejemy niechęć do innych, to nie łudźmy się, że ciemność jest tylko na zewnątrz.

12 grudnia 2016 r.
Myślimy o świętach, przygotowujemy się, planujemy; czasem „spinamy”, myśląc o trudnych spotkaniach; czujemy wyzwanie, jeśli chcemy na kimś zrobić wrażenie (na ewentualnych przyszłych teściach, na gościach – jako gospodarz). Czy wszystko dobrze wypadnie, czy się nie zbłaźnimy, czy zapanujemy nad sytuacją i nikt się nie pokłóci, czy wszystkim będzie smakować…
Czy musi wszystko perfekcyjnie wypaść, żeby święta były udane? Świąteczne spotkanie to nie pole bitwy, z którego się schodzi pokonanym lub zwycięzcą. Uczestnikami spotkania nie zarządzam jak figurami na szachownicy.
Pewnie przeżycie świąt nie tyle zależy od tego, czy wszystko dobrze wypadnie, co bardziej od tego, jak przeżywamy, gdy „coś jest nie tak”. Jako osobistą klęskę, kompromitację?
Umiejętność spojrzenia na siebie i na swoje poczynania z dystansem i z poczuciem humoru jest bezcenna, i można dyskutować, czy nie ważniejsza nawet od zdolności kulinarnych i organizacyjnych.

11 grudnia 2016 r.
„Nie jesteśmy panami waszej wiary, lecz współtwórcami waszej radości” (2 Kor 1, 24; przekład paulistów). Św. Paweł pisze o swojej pasterskiej posłudze wobec chrześcijan w Koryncie. Możemy użyć jego słów w kontekście świętowania: Nie jesteśmy panami tych, z którymi spotkamy się w święta. Nie muszą oni działać pod nasze dyktando: Spędzić z nami tyle czasu, ile chcemy; zjeść tyle, ile sami nałożymy im na talerz (dotyczy zwłaszcza dzieci); podzielać nasze poglądy i przyznawać nam rację (bo inaczej będzie kłótnia); lubić to, co my lubimy (z potraw świątecznych, z form spędzania czasu w święta).
Co to znaczy być „współtwórcą czyjejś radości”? Czy w święta też mam się poświęcać, rezygnować ze swego? Ze swojej chęci ustawiania innych po swojemu – tak. ​

10 grudnia 2016 r.
Przed nami znów święta. Jak szybko czas płynie… Które to już w życiu? Wracają wspomnienia: Jak to kiedyś bywało, ile się zmieniło przez lata… Ale też: ile myśli, pragnień, marzeń, postaw nie zmieniło się, a w święta znów nabierają życia.
Doświadczamy, że święta są ponad czasem, że wprowadzają w coś, co trwa. Budują naszą tożsamość na tym, co niezmienne. Ożywiają w nas to, co najlepsze.
Wspominanie nie jest wyrazem nostalgii, zapatrzenia w przeszłość. To odkrywanie tego, co dobre i niezmienne, by podjąć to na nowo, z nową siłą. Jak to jest napisane w Apokalipsie: „…mam przeciw tobie to, że odstąpiłeś od twej pierwotnej miłości. Pamiętaj więc, skąd spadłeś, […] i pierwsze czyny podejmij!” (Ap 2, 5).
Święta to powrót do źródła, by z niego czerpać siły na dziś; powrót do korzeni, by dziś stać mocno.
Kto ma dobre wspomnienia, niech je przyjmuje tak, by teraz były jego siłą do dobrego.
Kto ich nie ma, niech pomyśli, że liczy się tu i teraz, że miłe wspomnienia to dobra rzecz, ale bez nich też życie może być dobre i piękne.

9 grudnia 2016 r.
„Jeśli wasza SPRAWIEDLIWOŚĆ nie będzie WIĘKSZA niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 5, 20).
Próbujemy kierować się poczuciem sprawiedliwości. Jednak relacje rodzinne nie mogą polegać na nieustannych żądaniach wyjaśnień i tłumaczeniach. Dobre relacje nie są efektem negocjacji. Ostatnie słowo to nie sprawiedliwość, lecz miłosierdzie, które wznosi się ponad poczucie krzywdy; które pozwala machnąć ręką, gdy nie można się dogadać; które pozwala pójść do przodu.
Jak to sprawdzić, czy pozostawienie nierozwiązanej sprawy jest wyrazem lęku, wygodnictwa, hipokryzji, czy też miłosierdzia, które „odnosi triumf nad sądem” (Jk 2, 13)?
Może trzeba odpowiedzieć na pytanie, co towarzyszy spotkaniu z „winowajcą” – niechęć, napięcie, sztuczność słów i zachowań, osądzanie (choćby w myślach), poczucie wyższości? Czy też – doświadczenie wolności („jestem ponad tym, co mnie dotąd gniotło”), radość spotkania i pogoda ducha.

8 grudnia 2016 r.
Święta coraz bliżej. Kupujemy prezenty, planujemy, gdzie spędzimy święta. Może być to okazja do przyjrzenia się regułom, jakimi kierujemy się kształtując relacje rodzinne. Na przykład SPRAWIEDLIWOŚĆ.
Jakże często poczucie krzywdy dzieli małżeństwa, rodzeństwa, całe rodziny. Bo majątek niesprawiedliwie podzielony; bo jedno dziecko jest bardziej hołubione niż drugie (i ta różnica nieraz przenoszona jest nawet na wnuki); bo łatwiej jest znaleźć czas dla rodziców niż teściów. Warto zadać sobie pytanie, dlaczego ktoś czuje się niesprawiedliwie potraktowany. Owszem, może to wypływać z jego roszczeniowej postawy i zachłanności. Jednak czy rzeczywiście cała wina leży po drugiej stronie? Mały sprawdzian swojego wyczucia sprawiedliwości można zrobić właśnie przy kupowaniu prezentów i planowaniu świąt. Czy chcę jednakowo obdarzyć wszystkie swoje dzieci? Dla kogo mam czas w święta, a dla kogo nie? Czy w małżeństwie sprawiedliwie jest dzielony czas świąteczny pomiędzy rodzicami i teściami (ogólniej: rodzinę jej i rodzinę jego)?
W konkretnych decyzjach, zachowaniach, odsłaniają się nasze „preferencje”, czasem nawet nieuświadomione.

7 grudnia 2016 r.
Jeszcze zostały wnuki.
W spotkaniu – jak wiadomo – chodzi nie tylko o przekazanie informacji. Dzielimy się tym, co czujemy, co przeżywamy – swoją życzliwością lub niechęcią, otwartością lub dystansem.
Czy jest sens o tym przypominać, gdy myślimy o relacji dziadkowie–wnuki? Przecież wiadomo, że wnuki są kochane.
Nie da się akceptować osoby „w oderwaniu” od jej świata. Spytajmy więc o stosunek do świata, w którym kochani młodzi żyją.
Dziadkowie mają dużo mądrych i dobrych rzeczy do opowiedzenia młodym. Czy ten dobry przekaz dotrze jednak do adresata, jeśli łączy się z nostalgicznym zapatrzeniem w przeszłość, z lękiem wobec współczesności, z niechęcią wobec tego, czym młodzi żyją, z ośmieszaniem tego, co oni traktują serio?
Jeśli nie chcą słyszeć, że żyją w gorszym świecie, niż nasz z czasów młodości, to mają rację.

6 grudnia 2016 r.
Dziadkowie. Wielokrotnie mówił o nich papież Franciszek w Krakowie.
Podczas spotkania na Błoniach: „Rozmawiacie z waszymi dziadkami? Poszukajcie waszych dziadków. Oni mają mądrość życia, oni wam powiedzą rzeczy, które poruszą wasze serca”.
Na spotkaniu z wolontariuszami: „Rozmawiaj z rodzicami, z osobami starszymi, ale zwłaszcza rozmawiaj z dziadkami. Jasne? Zatem, jeśli chcesz być nadzieją przyszłości musisz przejąć pochodnię od swojego dziadka i babci”.
Również do biskupów: „Dziadkowie są pamięcią narodu, są pamięcią wiary. Trzeba łączyć młodzież z dziadkami”.
Nie czuć się rewolucjonistą, od którego świat się zaczyna, a wszystko wcześniej było złe, nieważne, niewarte pamięci.
Czuć się spadkobiercą. I chcieć wiedzieć, co dziedziczę. Nie chodzi o porównywanie się, o wykazywanie, kto lepszy. Słucham przodków, by pogłębiać własną tożsamość; przypatruję się temu, co dla nich było ważne, by krytycznie spojrzeć na mój świat wartości, moje motywacje, moje decyzje.
Może w czasie Wigilii da się wymyślić takie pytanie, by sprowokować starszych do ciekawych opowieści.

5 grudnia 2016 r.
​Dziś o dzieciach. Dorosłych.
Zdarza się tak, że rodzice i dzieci żyją w zupełnie innych światach, kierują się innymi zasadami. Czy spotkanie świąteczne może być wówczas dobre i prawdziwe?
Obowiązkiem rodziców wierzących jest przekazać dzieciom wiarę i wartości z niej wypływające. Nie można milczeć, gdy dziecko je odrzuca, gdyż milczenie jest znakiem zgody. Ale też nie warto powtarzać w nieskończoność, bo siła przekonywania nie rośnie wraz z powtarzaniem. Raczej odwrotnie. Dzieci winny znać zdanie rodziców, a zrobią i tak po swojemu. Polecam lekturę z Księgi Ezechiela 33, 1-9 (za długi cytat, by tu umieszczać).
Jeśli znajdziemy czas – albo już znaleźliśmy – na trudną rozmowę, nie obawiajmy się przyjąć dzieci na Wigilię bez poruszania drażliwych tematów. Jeśli rozmawiamy o tym, co dzieli, w święta możemy cieszyć się tym, że – mimo różnic – jesteśmy jedną rodziną.

4 grudnia 2016 r.
„Czcij ojca twego i matkę twoją”.
Wśród relacji z bliźnimi szczególne miejsce zajmują relacje z rodzicami.
Jakie zasady nimi kierują?
Tradycyjnie: rygorystyczna interpretacja czwartego przykazania, w stylu: „To twoja matka, a matki się nie krytykuje”.
I „nowocześnie”: „Rodzice głównymi winowajcami w moim życiu. Gdy próbuję sobie poradzić z samym sobą, to muszę przerobić traumy z dzieciństwa”. Również w ramach modlitw o uzdrowienie więcej można usłyszeć o konieczności przebaczenia rodzicom niż o wdzięczności wobec nich.
Jeżeli boli mnie wątroba, to nie pytam, dlaczego serce mam zdrowe. Moja uwaga koncentruje się na tym, co chore.
Święta to taki czas, kiedy zwracamy uwagę właśnie na to, co nie boli, czym możemy się cieszyć, za co powinniśmy być wdzięczni.

3 grudnia 2016 r.
„Ktoś z tłumu rzekł do Niego: «Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem»” (Łk 12, 13).
Ktoś miał taką niezwykłą okazję – spotkać i słuchać Jezusa – i nie docenił chwili, rozminął się z nią, bo był zajęty swoim spadkiem.
Nauczyć się odróżniać, co jest najważniejsze – w danej chwili, ale też w każdej relacji. Co jest ważne w bliskiej osobie: To, że jest bratem, czy też to, że postąpił ze mną niesprawiedliwie; to, że jest krewnym, przyjacielem, czy też to, jakie ma poglądy polityczne i na kogo ostatnio głosował?
Czy rzeczywiście najważniejsze sprawy przykuwają naszą uwagę i decydują o atmosferze w świąt? Pomyślmy o tym już dziś, bo z dystansu lepiej widać. Dzisiaj ustalmy, co jest dla nas najważniejsze w tych, z którymi spędzimy święta. I tego się trzymajmy, nawet wtedy, gdy inni będą się kłócić, politykować, dopominać o swój spadek.

2 grudnia 2016 r.
Święto to INNY czas. Inaczej się ubieramy, co innego robimy, inaczej się zachowujemy. Także relacje z bliskimi wyglądają inaczej. Być może „mobilizujemy się”, by się uśmiechnąć, powstrzymać złośliwą uwagę, powiedzieć coś miłego. Ale grozi, że zaraz po świętach wróci narzekanie, pośpiech, zamknięcie w swoim świecie.
Kiedy jesteśmy prawdziwsi? Gdy „sobie odpuszczamy” w codzienności, czy też wtedy, gdy „spinamy się” w święta?
Pewnie, że świętowanie może być związane z udawaniem i obłudą. A może jednak jest inaczej? Może święto pokazuje jakąś prawdę o nas, na co dzień zakrytą? Może jesteśmy lepsi niż nam się wydaje? Może prawda o naszych bliskich jest lepsza niż nasze zdanie o nich?
Spróbujmy przewidzieć, od jakiej dobrej strony pokażemy się w święta i to dobro zadbajmy już teraz, pomnóżmy je, wzmocnijmy.
Święta nie są po to, by oderwać się na chwilę od codzienności i wrócić w to samo, co było wcześniej. Z tej świątecznej „inności” ma coś pozostać. Stanie się tak, jeśli nad tym popracujemy. Dlatego Boże Narodzenie poprzedzone jest adwentem.

1 grudnia 2016 r.
„Czyńcie to, co chcielibyście, żeby wam inni czynili”. „Błogosławcie, a nie złorzeczcie”. Są to zdania, które skłaniają nas do refleksji nad tym, co wnosimy w dialog, co – powiedzmy – płynie od nas do drugiego człowieka.
Co natomiast dociera do nas od drugiego? W dużym stopniu zależy to od nas. Mamy swoją wrażliwość, i pewne rzeczy zauważamy, innych nie; swoją tolerancję, i coś nam przeszkadza lub nie, coś drażni, coś cieszy; coś łatwiej zapamiętujemy, czegoś nie zauważamy. Przepuszczamy przez filtry naszego nastawienia, sympatii lub antypatii, wcześniejszych doświadczeń. Ustawmy w nowy sposób „narzędzie filtrowania”. Zobaczmy, że nasz odbiór nie jest bierną czynnością. Podejmijmy wysiłek wychwytywania tego, co dobre.

30 listopada 2016 r.
Inna biblijna zasada, którą możemy zastosować w trosce o dialog, o zrozumienie:
„Błogosławcie, a nie złorzeczcie!” (Rz 12, 14)
„Błogosławić” to znaczy (tutaj) upraszać Boże błogosławieństwo, życzyć dobra.
„Złorzeczyć” – chcieć ściągnąć na kogoś nieszczęście, źle mu życzyć.
Św. Paweł pisze nawet tak: „błogosławcie waszych nieprzyjaciół”.
W trudnych relacjach trzeba nam pytać, czy chcę dobra dla tej drugiej strony. Łatwo o odpowiedź potwierdzającą: oczywiście, że chcę, przecież „dobro” nie musi oznaczać powodzenia, sukcesu, łatwego życia. Życzę głębszego dobra: dojścia do prawdy, zmiany życia na lepsze, nawrócenia.
Czy nasze „błogosławienie” drugiemu człowiekowi jest prawdziwe, łatwo sprawdzić. Szczere jest wtedy, gdy już dziś potrafimy cieszyć się dobrem, które go spotyka.

29 listopada 2016 r.
Jaka jest ewangeliczna rada na budowanie dobrych relacji i na ich zachowanie?
Bardzo prosta: „Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie!” (Mt 7, 12).
Mów tak jakbyś chciał, żeby do Ciebie się zwracano; takich słów używaj, takiego tonu…
Zasada jest bardzo prosta w sformułowaniu. Gorzej z zastosowaniem. Co najmniej z dwóch powodów.
Po pierwsze: czasem trudno opanować emocje i damy się ponieść.
Po drugie, o wiele trudniejsze: sami zwalniamy się z tej zasady, która – owszem – jest piękna, ale w tej sytuacji, w której akurat się znajdujemy, nie obowiązuje. Dlaczego? – bo MAMY RACJĘ. I dajemy sobie prawo, by dochodzić do niej, przekonywać do niej, bronić jej, w rozmaity sposób, byle skutecznie.
Masz rację? Chcesz dobrze? No i co z tego: cel nie uświęca środków.

28 listopada 2016 r.
„Rozumiejcie chwilę obecną: teraz nadeszła dla was godzina powstania ze snu” (Rz 13, 11). Tak jest w Biblii Tysiąclecia. To samo zdanie w Biblii paulistów: „Poznajcie, że nadszedł już czas sposobny i pora, abyście wstali ze snu”.
Greckie kairos to sposobna chwila, właściwy czas, moment, którego nie można przegapić.
Wezwanie św. Pawła zastosujmy do przygotowania świątecznej atmosfery w domu. Właśnie teraz jest chwila, by przeprowadzić trudną rozmowę, coś wyjaśnić, zaryzykować, że zrobi się gorąco, ale skończy się zamiatanie pod dywan. Kiedy to zrobić? – Teraz. Odkładając na później ryzykujemy, że dzień 24. grudnia nadejdzie szybciej niż się spodziewamy. A kto będzie sobie psuł święta trudną rozmową w przeddzień. Odłożymy – i znów rok minie…

27 listopada 2016 r.
„Nie lubię Wigilii. Takie to sztuczne”.
„Oni są tacy obłudni. Na co dzień się kłócą, a na Wigilii udają, że wszystko w porządku”.
„Takie to sztuczne. Zdawkowe uśmiechy, stereotypowe życzenia”.
Ile razy słyszałem takie i podobne słowa od osób „oczekujących” Wigilii. Czy to tylko jacyś „oni” są tacy? Czy nic nie mogę zrobić, by było szczerzej, prawdziwiej?
Nie da się świata zmienić przez chwilę i na chwilę. Może Adwent powinien być czasem uczenia się rozmowy, bycia razem, próbą zrozumienia siebie nawzajem?

26 listopada 2016 r.
Adwent jest czasem oczekiwania. Uczy spodziewania się dóbr przyszłych. Jednym z obrazów owych dóbr jest uczta mesjańska (np. Iz 25, 6: „Pan Zastępów przygotuje dla wszystkich ludów na tej górze ucztę z tłustego mięsa, ucztę z wybornych win”). Obraz uczty mówi o zgromadzeniu razem i o nasyceniu. A więc o wspólnej radości. O dobrach, których się spodziewamy, a których nie potrafimy sobie wyobrazić, Pismo mówi w obrazach, by odwołać się do naszego doświadczenia, by doświadczenie ludzkie, ziemskie, dawało nam przedsmak rzeczywistości ostatecznych.
Czy mamy takiego doświadczenie wspólnego stołu, że może ono coś nam powiedzieć o ostatecznym szczęściu? Może warto na początku Adwentu pomyśleć o tym, co zrobić, by wieczerza wigilijna była czasem radosnego spotkania?