DROGA KRZYŻOWA

Łódzka Droga Krzyżowa 2016
ks. Sławomir Sosnowski

Niech w rozważanie drogi krzyżowej wprowadzą nas słowa ojca świętego Franciszka.

„Potrzebujemy nieustannie kontemplować tajemnicę miłosierdzia. Jest ona dla nas źródłem radości, ukojenia i pokoju. Jest warunkiem naszego zbawienia. […] Miłosierdzie: to najwyższy i ostateczny akt, w którym Bóg wychodzi nam na spotkanie. Miłosierdzie: jest podstawowym prawem, które mieszka w sercu każdego człowieka, gdy patrzy on szczerymi oczami na swojego brata, którego spotyka na drodze życia. Miłosierdzie: to droga, która łączy Boga z człowiekiem, ponieważ otwiera serce na nadzieję bycia kochanym na zawsze, pomimo ograniczeń naszego grzechu.
Obliczem miłosierdzia Ojca jest Jezus Chrystus.
[…] Ojciec « bogaty w miłosierdzie » (por. Ef 2, 4), gdy objawił Mojżeszowi swoje imię: « Bóg miłosierny i litościwy, cierpliwy, bogaty w łaskę i wierność » (Wj 34, 6), sprawił, że człowiek mógł nieprzerwanie poznawać Jego boską naturę na różne sposoby i w wielu momentach historii. W « pełni czasów » (por. Ga 4,4), gdy wszystko było gotowe według Jego planu zbawienia, zesłał On swojego Syna, narodzonego z Maryi Dziewicy, aby objawić nam w sposób ostateczny swoją miłość. Kto widzi Syna, widzi też i Ojca (por. J 14, 9). Jezus z Nazaretu swoimi słowami, gestami i całą swoją osobą objawia miłosierdzie Boga.” [Franciszek, Misericordiae vultus]

Poczujmy się wezwani, by tak iść za Jezusem Jego drogą krzyżową, aby utkwić wzrok w miłosierdziu Ojca, uczcić je i doświadczyć; aby stać się skutecznym znakiem miłosierdzia.

1. Jezus skazany na śmierć.
„Stwierdziliśmy, że ten człowiek podburza nasz naród, że odwodzi od płacenia podatków Cezarowi i że siebie podaje za Mesjasza – Króla (Łk 23, 2)”. Choć Piłat słyszał takie oskarżenia kierowane pod adresem Jezusa, jednak stwierdził: „Nie znalazłem w Nim nic zasługującego na śmierć” (Łk 23, 22). Nie znalazł żadnej winy, a jednak skazał na śmierć.
Piłat podpisuje wyrok, po czym umywa ręce na znak, że nie bierze na siebie odpowiedzialności za śmierć Jezusa. Czy jest możliwe podejmować decyzje i nie czuć się za nie odpowiedzialnym?
Tłum zaś woła: „Krew Jego na nas i na dzieci nasze” (Mt 27, 25). Czy ci, którzy tak wołają, rzeczywiście są gotowi wziąć odpowiedzialność za niewinnie przelaną krew? Czy wiedzą, co mówią? Czy zdają sobie sprawę, co to znaczy być winnym śmierci?
Możemy też spytać: czy warto rozważać odpowiedzialność Piłata i tych, którzy przyprowadzili Jezusa do niego, skoro miłosierdzie Boże jest większe od ludzkiego grzechu?
Miłosierdzie nie zwalnia z odpowiedzialności, ani nie lekceważy zła. Owszem, jakkolwiek wielki byłby ciężar grzechu, Boże miłosierdzie jest większe. Pod warunkiem jednak, że człowiek sam siebie nie rozgrzesza, że nie lekceważy grzechu.
Św. Paweł pisze o tych, którzy „nie chcąc uznać, że usprawiedliwienie pochodzi od Boga, i uporczywie trzymając się własnej drogi usprawiedliwienia, nie poddali się usprawiedliwieniu pochodzącemu od Boga” (Rz 10,3-4).
Gdy lekceważę zło i sam siebie zwalniam z odpowiedzialności za nie, zamykam się na miłosierdzie Boże. Wchodzę na drogę nawrócenia, gdy uznaję ciężar grzechu, który jest wielki przez to, że rani wielką miłość Bożą; oraz gdy uznaję, że z mojego serca, które według Biblii jest miejscem podejmowania decyzji, „pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa” (Mk 7, 21).

Miłosierny Ojcze, powtarzamy słowa św. Jana Pawła II i prosimy Cię, spraw, „niech w nas na nowo zakwitnie zbawienne poczucie grzechu”.

2. Jezus bierze krzyż na swe ramiona. 
Wyrok Piłata był niesprawiedliwy. A Jezus bierze na siebie ciężar tej niesprawiedliwości.
Miłosierdzie jest większe od sprawiedliwości. Ktoś kiedyś prosił Jezusa: „Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem”. Był tak przejęty swoją krzywdą, że nie słyszał, do czego Jezus wzywał, co głosił, do czego zapraszał.
Jezus mu odpowiedział: „któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami?” (Łk 12,13n). Jezus Nie był rozjemcą w sporze braci skłóconych o majątek; nie był sędzią w swojej własnej sprawie. Nie dochodzi swoich racji przed Piłatem, nie wymyśla oprawcom, nie chce pokazać światu, jak Go skrzywdzono.
Śpiewamy o krzyżu Jezusa „krzyżu święty nade wszystko”. Dlaczego narzędzie śmierci, krzywdy, niesprawiedliwości nazywamy świętym? Dlatego, że wiemy, jak Jezus go wziął widząc w nim nie tyle narzędzie krzywdy, co narzędzie zbawienia świata. Sposób przyjęcia krzyża przez Jezusa nadaje mu znaczenie.
Możemy otworzyć się na miłosierdzie i być znakiem miłosierdzia, gdy przekroczymy reguły sprawiedliwości. Łączyć swoje cierpienia z krzyżem Jezusa oznacza umieć zrezygnować ze swego, nie obnosić się ze swoją krzywdą, nie skupiać uwagi innych na swoim nieszczęściu. Wzorem niech będzie dla nas św. Faustyna – apostołka Miłosierdzia, która widziała w znoszeniu niesprawiedliwych sądów udział w krzyżu; widziała w nich taką wartość, że aż za nie dziękowała:
„Jezu, dziękuję Ci za codzienne drobne krzyżyki, za przeciwności w moich zamiarach, za złe tłumaczenie intencji, za poniżanie przez innych, cierpkie obchodzenie się z nami, za posądzenia niewinne, za słabe zdrowie i wyczerpanie sił, za zaparcie się własnej woli, za wyniszczenie swego ja, za nieuznanie w niczym, za pokrzyżowanie wszystkich planów” [Dzienniczek 343].

3. Jezus upada pod ciężarem krzyża.
Tradycja umieszcza pierwszy upadek chwilę po tym, jak Jezus wziął krzyż na ramiona. Dopiero zaczęła się Droga Krzyżowa, a Jezus już upada. Co będzie dalej? Czy wystarczy Mu sił do końca?
Patrząc na Jezusa upadającego pod krzyżem myślimy o własnych słabościach, o własnych upadkach, bo przecież takiego mamy Zbawiciela: „doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu” (Hbr 4,15).
Czy prawdą jest, że Bóg nie daje ciężarów ponad siły? Św. Paweł słyszał: „wystarczy ci mojej łaski” (2 Kor 12, 9). Jezus zapewniał Siostrę Faustynę: „Córko moja, nie lękaj się tego, co przyjdzie na Ciebie, nie dam ci ponad siły; znasz potęgę łaski Mojej, niech to wystarcza” [Dzienniczek 1491].
Jezus upadł pod ciężarem krzyża. Czy to znaczy, że krzyż był dla Niego za ciężki?
Upadał po drodze, ale przecież doszedł do końca.
Samo doświadczenie słabości, upadku nie oznacza, że niesiony ciężar jest ponad siły.
Upadek nie jest powodem do zwątpienia Bożą pomoc. Bóg w swoim nieskończonym miłosierdziu daje nam wystarczająco dużo siły, byśmy doszli do celu, który nam wyznacza, do pełni życia w zjednoczeniu z Nim. Doświadczanie słabości po drodze chroni nas przed poleganiem tylko na sobie, przed pyszałkowatym przekonaniem, że sami sobie poradzimy, przed fałszywym postrzeganiem Pana Boga jako Obserwatora z zewnątrz, który jedynie rozdaje kary i nagrody. Gdy w słabości wołamy „Panie, ratuj”, uznajemy, że potrzebujemy pomocy i wyznajemy wiarę, że Pan nas słyszy, że jest obok, że uczestniczy w naszym życiu.

„Ci, którzy Panu ufają, są jak góra Syjon, co się nie porusza, ale trwa na wieki” (Ps 125,1). Prosimy Cię, Panie, o Twego Ducha; niech On uczy nas modlitwy zwłaszcza w chwilach próby, zwątpienia, doświadczenia słabości. Niech ufne wołanie do Ciebie podnosi nas z każdego upadku.

4. Jezus spotyka swoją Matkę.
Wpatrujemy się w Maryję i widzimy spełniające się proroctwo Symeona: „Twoją duszę miecz przeniknie” (Łk 2, 35).
Maryja patrzy na Jezusa i swoim współczującym sercem uczestniczy w Jego męce. My patrzymy na Maryję i czcimy Ją jako Matkę Bolesną nazywając Ją Królową Męczenników. Maryja cierpi z Jezusem, my przeżywamy cierpienie Ich Obojga. Tak więc ból zatacza coraz to szersze kręgi. Czy na tym polega współczucie? Czy ludziom o twardym sercu nie jest łatwiej w życiu? Czy nie jest lepiej zatkać uszy na wołanie cierpiących, skoro i tak nie możemy pomóc? Czy tak zwany „święty” spokój nie jest ważniejszy? Co dobrego może wyniknąć z tego, że pocierpimy współczując innym?
Współczucie nie jest po to, by cierpieć, ale po to, by okazać miłość. To nie cierpienie zbawia, ale miłość objawiona w cierpieniu. Ważne jest, żeby okazać miłość, także wtedy, gdy pociąga to za sobą cierpienie. „Współ-czuć” często znaczy „współ-cierpieć”. Współczucie jest gestem solidarności, jest stanięciem obok tych, do których popycha miłość. „W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk” (1 J 4, 18), także lęk przed cierpieniem.
Współczucie nie jest nośnikiem bólu, jest sposobem przeżywania miłości.

Maryjo, zjednoczona zawsze ze swoim Synem, w betlejemskiej grocie i podczas ucieczki do Egiptu; w świątyni, gdy pytał „czemuście Mnie szukali” i w Kafarnaum, gdy stałaś na dworze a On tych, którzy Go słuchali nazywał „bratem, siostrą i matką” (Mk 3, 35); Matko Bolesna towarzysząca Synowi aż po krzyż, aż po złożenie do grobu, Niewiasto mężna, upraszaj nam tę łaskę, by współczująca miłość zwyciężała nasz lęk przed cierpieniem, by stać nas było na gesty solidarności z tymi, którym winniśmy pomagać i nieść w raz z nimi ciężar ich życia.

5. Szymon z Cyreny zostaje przymuszony do niesienia krzyża.
Szymon był zbyt zajęty swoimi sprawami, swoją pracą, swoim zmęczeniem, tym, co czekało go w domu za chwilę, by interesować się jakimś skazańcem, a tym bardziej, by Mu współczuć.
Zostaje przymuszony do niesienia krzyża. Tradycja widzi w nim człowieka, którego losy na zawsze złączyły się z Jezusem. Św. Marek pisze, że był on ojcem Aleksandra i Rufusa (Mk 15,21). Skoro synowie są znani Markowi, to zapewne dlatego, że byli chrześcijanami, a więc prawdopodobnie również ich ojciec.
W którym momencie Szymon zrozumiał, w czym uczestniczył? Jak wspominał później swój udział w drodze krzyżowej? Jak o tym opowiadał synom? Możemy się domyślać, jak bardzo żałował, że nie przeżył świadomie tej chwili bliskości z Jezusem. Tak blisko Zbawiciela, a myślami był gdzieś daleko, a w sercu miał pewnie złość na tych, co zmusili go do niesienia krzyża, na siebie, że nie przewidział niebezpieczeństwa i nie ominął orszaku szerokim łukiem. Był tak blisko Tego, który dał mu zbawienie, a zły na Niego, że pojawił się na jego drodze.
Zrozumieć czas łaski, czas nawiedzenia. Zrozumieć, że pokrzyżowanie planów nie zawsze jest nieszczęściem. Umieć spotkać Jezusa w tym, co niespodziewane. I nie żałować straconego czasu, lecz mieć oczy wiary szeroko otwarte, by zrozumieć wartość chwili. Niech taka mądrość płynie z rozważania prawdy o Bożym miłosierdziu, które działa nieustannie.
Słowami św. Faustyny prośmy o umiejętność dostrzegania Jezusa w każdej chwili:
Dobro najwyższe, pragnę Cię kochać tak, jak nikt na ziemi jeszcze Cię nie kochał. Pragnę Cię uwielbiać każdym momentem życia mojego i wolę swoją ściśle jednoczyć ze świętą wolą Twoją. Życie moje nie jest monotonne i szare, ale jest urozmaicone jak ogród wonnymi kwiatami, że nie wiem wreszcie, który wpierw kwiat zerwać: czy lilię cierpień, czy różę miłości bliźniego, czy fiołek pokory. Nie będę wyliczać tych skarbów, których mam na każdy dzień pod dostatkiem. To wielka rzecz umieć wykorzystać chwilę obecną”.

6. Weronika ociera twarz Jezusowi.
Czy można pomóc Jezusowi bardziej niż zrobił to silny mężczyzna, Szymon, gdy wziął krzyż? Czy cokolwiek można zrobić jeszcze dla Jezusa, który i tak za chwilę zostanie stracony? Czy warto narażać się dla Skazańca, którego już nic nie może uratować?
Odpowiedź daje Weronika, której nie znamy z opisów ewangelicznych, a której gest chętnie opowiada tradycja utrwalona w nabożeństwie drogi krzyżowej.
Bóg posługuje się tym, co po ludzku słabe. Ludzka słabość nie przeszkadza Panu Bogu. Przeszkadza nasz opór, nasza niezgoda płynąca z pychy czy lęku. Bóg może posłużyć się wszystkim, co Mu oddamy. Weronika pokazuje, że oddanie to jednak nie bierność tylko zaangażowanie.
Wielkoduszne serce, odważne i zdeterminowane, zawsze znajdzie sposób, by wyświadczyć miłosierdzie, by wykonać gest, który winien być konkretny, co nie znaczy, że z wymiernym skutkiem. Najważniejszy tutaj był gest solidarności, gest, który pokazał, że nie wszyscy są przeciw. „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3, 16). Owo wydanie Syna widać najmocniej, gdy jest On odrzucony. Syn Boży jest w pełni Synem Człowieczym. Jest znakiem miłości Ojca, ale też po ludzku cierpi z powodu odrzucenia. I możemy sobie wyobrazić, że gest solidarności przyjmuje z wdzięcznością. Jezus objawia miłosierdzie Ojca, ale też przyjmuje gest ludzkiego miłosierdzia. „Byłem głodny, a daliście mi jeść”. Zapewne możemy też powiedzieć „byłem odrzucony, wyśmiany, odepchnięty, a stanęliście po mojej stronie”.
Także w tej scenie Jezus jest znakiem miłosierdzia Ojca. Aby ośmielić tych, którzy uważają się za słabych, przyjmuje gest ludzkiej dobroci.

Jezu, daj nam „wyobraźnię miłosierdzia”, uzdalniaj nas do takich czynów, w których widać będzie Twoje oblicze.

7. Jezus upada po raz drugi.
Posłuchajmy słów św. Faustyny:
„Kiedy znowuż upadłam w ten sam błąd, mimo szczerego postanowienia, […] uczułam w duszy tak żywy ból, że przerwałam swoje zajęcie i na chwilę poszłam do kaplicy, padając do stóp Jezusa. Z miłością i wielkim bólem przepraszałam Pana […]. Wtem usłyszałam słowa: Gdyby nie było tej drobnej niedoskonałości, nie przyszłabyś do Mnie. Wiedz, ile razy przychodzisz do Mnie uniżając się i prosisz o przebaczenie, tyle razy wylewam cały ogrom łask na rwą duszę, a niedoskonałość twoja niknie przed Mną, a widzę tylko twą miłość i pokorę; nic nie tracisz, ale wiele zyskujesz” [Dzienniczek 1293].
Sam upadek nie jest powodem do tego, by Bóg nas opuścił. Słabość nie oddziela od Boga. To pycha zamyka nas na działanie Boże, jeśli jesteśmy tak pewni siebie, że polegamy tylko na sobie; a także rozpacz, gdy jesteśmy przekonani, że wyczerpaliśmy cierpliwość Bożą. Możemy myśleć, że nie zasługujemy na miłosierdzie Boże, że musimy się najpierw sami pozbierać, sami sobie poradzić, by zaprosić Pana Boga do serca posprzątanego i mocnego. Ale przecież Bóg daje udział w swej łasce dlatego, że jest miłosierny, a nie dlatego, że zasługujemy na to. Na miłosierdzie nie można zasłużyć. Można je tylko przyjąć w pokorze. Doświadczenie słabości może być okazją do spotkania z Bogiem, do otwarcia się na miłosierdzie, bo prowokuje nas do pokory i ufności.

Panie Jezu, który upadałeś na drodze krzyżowej, ucz nas dobrze przeżywać naszą małość, słabość i kruchość; umacniaj w nas wiarę, że Ty pokornym łaskę dajesz, nie dozwól byśmy zwątpili w Twą obecność przy nas zawsze, także wtedy, gdy doświadczamy słabości.

8. Jezus pociesza płaczące niewiasty.
Miłosierdzie wyrywa z obojętności, uśpienia, samozadowolenia. Każe współczuć. Takimi wydają się być kobiety, które Jezus spotkał w czasie drogi krzyżowej. Wydaje się, że Jezus odrzuca współczucie, gdy mówi do kobiet płaczących na Jego widok: „Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi!” [Łk 23, 28] .
Widzimy niewiasty płaczące, wzruszone. Samo wzruszenie jednak nie jest wystarczającym znakiem współczucia. We współczuciu nie chodzi o łzy, tylko o poruszenie serca. Takie poruszenie, które przeradza się w czyn. Przypowieść o sądzie ostatecznym Jezus kończy słowami: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” [Mt 25, 40]. Kobiety wzruszają się widokiem cierpiącego Jezusa. Jezus nie oczekuje łez bezsilności.
Do jakiego czynu może prowadzić serce poruszone cierpieniem Jezusa? Nie ma sposobu, by je zmniejszyć. Skoro przez przyjęcie cierpienia Jezus objawia miłosierdzie, to nie jest największym nieszczęściem cierpienie, tylko odrzucenie jego owoców, odrzucenie zbawienia. Współczucie to pomoc przy przezwyciężaniu cierpienia, a jeśli nie da się go uniknąć, to niezgoda na to, by ktoś cierpiał bez sensu.
Nie można sprawić, by Jezus nie cierpiał. Prawdziwe współczucie Jemu polega na niezgodzie, by marnowała się Jego ofiara. „Płaczcie nad sobą”. Jezus oddaje życie, abyśmy my mieli życie wieczne, a otwieramy się na nie, gdy się nawracamy, gdy uznajemy grzech, gdy umiemy „płakać nad sobą”.
Na to nigdy nie jest za późno. „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa” (Łk 23, 42) wołał umierający łotr.

Jezu, który oddałeś życie, abyśmy życie mieli, prosimy Cię o dar prawdziwej skruchy, dar łez nad własną grzesznością, obojętnością, oziębłością. Niech rozważanie Twej męki rozgrzeje nasze serca, wstrząśnie nimi, poruszy i uzdolni do otwarcia na Miłosierdzie, które jedynie  może nas nawrócić.

9. Trzeci upadek Jezusa.
Mówimy: pierwszy, drugi, trzeci upadek. Ale po każdym z nich Jezus podnosi się. Moglibyśmy więc powiedzieć: „Jezus powstaje z upadku po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci”.
Miłosierdzie objawia się jako siła, by nie ustawać, by powstawać. Jest podstawą wytrwałości w pracy nad sobą, cierpliwości wobec własnych i cudzych słabości. „Ile razy mam przebaczać?” (Mt 18, 22) pytał Piotr. „Siedemdziesiąt siedem”, czyli zawsze. A potrafi to uczynić ten, kto jest naśladowcą Boga, którego miłosierdzie nie jest znakiem słabości, lecz przejawem wszechmocy.
„Bóg miłosierny i litościwy, cierpliwy, bogaty w łaskę i wierność” [Wj 34,6] – w ten sposób Bóg objawia siebie zawierając przymierze z Mojżeszem.
 Psalmy wysławiają miłosierne i cierpliwe działanie Boże: „Pan uwalnia jeńców, Pan przywraca wzrok niewidomym, Pan podnosi pochylonych, Pan miłuje sprawiedliwych. Pan strzeże przychodniów, chroni sierotę i wdowę, lecz na bezdroża kieruje występnych” (Ps 146, 7-9). „ On leczy złamanych na duchu i przewiązuje ich rany. […] Pan dźwiga pokornych, a poniża występnych aż do ziemi (Ps 147, 3.6).
Również w przypowieściach poświęconych miłosierdziu – o synu marnotrawnym, odnalezionej owcy, odnalezionej drachmie – Jezus objawia Ojca, „który nigdy nie uważa się za zwyciężonego dopóki nie sprawi, że poprzez współczucie i miłosierdzie zniknie grzech i pokonane zostanie odrzucenie” [Vultus misericordiae].

Bądź uwielbiony Ojcze w Twoim miłosierdziu, poprzez które jesteś gotów podnosić nas z każdego upadku. Niech Twoja cierpliwa miłość uczy nas wytrwałości w podążaniu za Tobą.

10. Jezus odarty z szat.
Nieraz stawiano pytanie, kim jest Jezus. Mówiono o Nim: „Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce” (Mk 6, 2). „Kimże On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne?” (Mt 8, 27).
Na Golgocie nie słychać porywających słów, nie widać znaków czynionych z mocą. Jezus odarty jest ze wszystkiego. Milczący i bezsilny nadal jest Synem Bożym. „Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że Ja jestem” (J 8, 28). Od słów i czynów mamy przejść do tajemnicy Osoby. Owa tajemnica, to jedność z Ojcem: „Ja jestem w Ojcu a Ojciec we Mnie” (J 14, 10). W zupełnym ogołoceniu Jezus przypomina o pierwszeństwie „być przed mieć” i „być przed działać” [NMI 15].
Patrzymy na Jezusa, a wraz z Nim patrzymy na siebie: kim jestem? Jak siebie oceniam? – Czy przez pryzmat słów, poglądów, czynów? Jestem „kimś” dzięki elokwencji, sukcesom, karierze. Czy jestem świadom godności dziecka Bożego także wtedy, gdy jestem ogołocony, bezsilny. „Chrześcijaninie, poznaj swoją godność” wołał niegdyś św. papież Leon Wielki, godność płynącą ze zjednoczenia z Jezusem, który uczynił nas przybranymi dziećmi Ojca, który ogołocił siebie, by swoim ubóstwem nas ubogacić (por. 2 Kor 8, 9).
Miłosierny Ojciec widzi we mnie swoje dziecko. Jestem ważny dla Niego, bo jest Ojcem. W tym, który zmarnował majątek i wrócił w łachmanach, ojciec widzi syna, a nie utracjusza i rozpustnika.
Miłosierdzie Ojca najmocniej określa moją tożsamość. „Nie jesteście już obcymi i przychodniami, ale jesteście współobywatelami świętych i domownikami Boga” (Ef 2, 19).

Patrzę na Ciebie, Jezu, odartego z szat, i proszę, byś uczył mnie patrzeć na siebie i na innych w wolności od pozorów, fałszu, masek, odgrywanych ról, dostrzegając godność, która pochodzi o Ciebie.

11. Jezus przybity do krzyża.
Jezus „umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował” (J 13, 1). Przybijanie do krzyża stawia wobec bolesnej świadomości, że już nic innego się nie stanie, że nie ma odwrotu, że właśnie tak – przez ukrzyżowanie – zakończy się ziemskie życie Jezusa.
Od kiedy Jezus był tego świadom? Ewangelie trzykrotnie wspominają, że Jezus uprzedzał swoich uczniów, czym zakończy się pielgrzymowanie do Jerozolimy. Mówił też, że trzeba wziąć swój krzyż, że kto nie chce wziąć krzyża, nie jest Go godzien. Czy więc tak mamy sobie wyobrażać Jezusa, jako Kogoś wpatrzonego w śmierć, w krzyż, w smutny kres życia?
Wprawdzie początek publicznej działalności Jezusa stanowi chrzest w Jordanie, to znacznie wcześniej możemy dojrzeć świadomy wybór celu życia. Dwunastoletni Jezus odnaleziony w świątyni pyta Maryję i Józefa: „Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?” (Łk 2, 49). Deklaruje więc, że Jego życie oddane jest „sprawom Ojca”. I nigdy się z tego nie wycofuje. Wierność Ojcu jest Jego siłą: „Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło” (J 4, 34). Wierność Ojcu zaprowadziła Go aż na krzyż. Jednak nie krzyż był celem tylko wierność. Wierność do końca.
Wpatrując się w kres ziemskiej drogi Jezusa pytamy o naszą wierność. Pytamy, czy mamy takie cele, którym chcemy być wierni do końca. Przybijamy do krzyża nasze chęci ucieczki, zatrzymywanie się w pół drogi, życie na próbę, pokusę zaczynania od początku inaczej i z kim innym.

Boże, nasz Ojcze, w swoim nieskończonym miłosierdziu czynisz nasze życie drogą, której kresem jest zjednoczenie z Tobą na zawsze; spraw byśmy wierząc Twoim obietnicom przez całe życie byli wierni powołaniu, którym nas obdarzyłeś.

12. Jezus umiera na krzyżu.
Jedne z ostatnich słów Jezusa na krzyżu to wołanie: „Ojcze odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23, 34). W akcie przebaczenia oprawcom Jezus objawia miłosierdzie aż po ostatnie tchnienie.
„Z tej śmierci życie tryska” śpiewamy w starożytnym hymnie. Ze śmierci Jezusa tryska nasze życie. Otwieramy się na życie Jezusa, jeżeli gotowi z Nim umierać. „Jeżeliśmy bowiem z Nim współumarli, wespół z Nim i żyć będziemy” (2 Tm 2, 11).
Co to znaczy dla nas, dziś, konkretnie „umrzeć z Chrystusem”. Przecież za chwilę wrócimy do domów i będziemy nadal żyć.
I w nas mają się spełniać słowa św. Pawła: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2, 20). Obumrzeć ma więc to wszystko, co przeszkadza, by Chrystus zamieszkał w naszych sercach. Chrystusowi, który przebaczał z krzyża, pozwalamy w nas zamieszkać, otwierając się na przebaczenie.
Gdy słuchamy przypowieści o niemiłosiernym słudze, który nie darował komuś drobnej sumy i przez to zamknął się na miłosierdzie króla, (Mt 18, 23nn) dziwimy się, jak można przez dochodzenie swoich niewielkich racji stracić tak wiele. A przecież naśladujemy tego sługę, gdy przez nieprzebaczenie braciom zamykamy się na miłosierdzie Ojca.
Miłosierni miłosierdzia dostąpią (Mt 5, 7). Jezus oddał życie na krzyżu, aby otworzyć nas na życie płynące od miłosiernego Ojca, a nas to nie obchodzi, gdy ponad miłosierdzie stawiamy dochodzenie własnych krzywd. Ceną otwarcia na miłosierdzie jest śmierć Jezusa, a sposobem naszego otwarcia na nie – przebaczenie. Nie przebaczając lekceważymy pojednanie z Ojcem, które tyle kosztowało. Jezus każe się modlić: „odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy”. Nie można nie usłyszeć wezwania do przebaczania. Przebaczenie nie jest opcją dla doskonałych, lecz warunkiem udziału w pełni życia.
Przebaczenie ma w sobie coś z umierania. Mamy obumrzeć dla swoich racji, dla swojego poczucia krzywdy. Mamy wypuścić z rąk poczucie krzywdy. Wtedy jesteśmy gotowi przyjąć miłosierdzie.
Miłosierdzie przyjmowane od Ojca ma stawać się naszym sposobem istnienia. Zdolność do przebaczenia bliźniemu jest najwyraźniejszym znakiem, że przyjęliśmy miłosierną miłość.

Jezu przebaczający na krzyżu, otwórz nas na siłę przebaczenia, niech przywraca nas ona do nowego życia, niech dodaje odwagi, by patrzeć w przyszłość z nadzieją.

13. Ciało Jezusa zostaje zdjęte z krzyża.
Jeszcze niedawno słychać było prześmiewcze głosy: „wybaw sam siebie. Jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża” (Mt 27, 40).
Nie zszedł z krzyża, nie wybawił siebie. Gdzie wówczas był Bóg? Czy nie wysłuchał modlitwy z Ogrójca „Ojcze, oddal ode Mnie ten kielich”?
Co Jezus osiągnął dzięki swojej uległości? Dokąd zaprowadziła Go Jego wierność? Zawsze był „w sprawach Ojca” i co z tego wyniknęło? Przyszedł na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Jakiej prawdzie, że zło pokonało Niewinnego?
Gdy ciało Jezusa było zdejmowane z krzyża, takie pytania mogliby stawiać uczniowie, gdyby ból w ogóle pozwalał im myśleć.
Czego mieli dalej się spodziewać? Współczucie Jezusowi w Jego męce zapewne stopniowo ustępowało pytaniom o to, co dalej; co teraz z nimi będzie. Zapadła cisza, którą trudno znieść.
Rzeczywiście, skończyła się droga Jezusa, skończyła się droga uczniów. Na tej drodze już nic się nie wydarzy.
Miłosierdzie Boże nie powiedziało jednak ostatniego słowa. „Oto wszystko czynię nowe”. Już niebawem zacznie się coś nowego, niewyobrażalnego. Jezus prawdziwie „został wysłuchany dzięki swej uległości”. Miłosierdzie się nie kończy na krzyżu. Ono zawsze zwycięża. Objawi swą moc w zmartwychwstaniu.
Jednak na razie jest cisza. Apostołowie muszą przeżyć swój ból, lęk, żal, muszą zmierzyć się ze swoim „a myśmy się spodziewali”.
W ciszy spotykamy siebie. A nie powinniśmy od siebie uciekać nawet wtedy, gdy jest to spotkanie z własnym bólem, z pytaniami, na które nie znamy odpowiedzi. Mamy spotkać miłosierdzie Boże właśnie tam, w tych zakamarkach naszego serca, gdzie jest ono potrzebne. Jak miłosierdzie ma dotknąć naszych ran, jeśli je chowamy nawet przed sobą? Jak ma dotknąć głębi naszych serc, jeśli sami przed sobą uciekamy?
Nie bójmy się ciszy Wielkiej Soboty. Nie ma takiego czasu w życiu, który trzeba po prostu przeczekać. Każda chwila jest dana przez miłosiernego Ojca. Być może ta chwila, kiedy pozornie nic się nie dzieje, jest szczególnym spotkaniem z miłosierdziem, które leczy nasze rany.

Maryjo, Matko Zbawiciela, Ty jedna nie zwątpiłaś, że Twój Syn zbawia świat; wypraszaj nam postawę czujności i oczekiwania, byśmy dostrzegali, w jaki sposób Pan do nas przychodzi, abyśmy umacniali się w nadziei.

14. Ciało Jezusa zostaje złożone w grobie.
Ciało Jezusa zostało złożone w grobie Józefa z Arymatei i dzięki niemu. To on poprosił Piłata o wydanie ciała Jezusa. Znamienne, że wszyscy czterej Ewangeliści opisują ten fakt i podają imię Józefa z Arymatei. Św. Jan pisze, że Józef był uczniem Jezusa, ale ukrytym z obawy przed Żydami (J 19, 38). W tym wypadku jednak okazał się odważny. Poprosił o coś, co sprzeczne było z przyjętą praktyką. Skazańcy nie mieli prawa do normalnego pogrzebu, ani prawa do własnego grobu – ich ciała wrzucane były do wspólnych dołów. Józef okazał się odważniejszy od apostołów, którzy tak wiele z Jezusem przeżyli. Podczas gdy oni pogrążeni byli w bólu i rozpaczy, Józef wykazał się trzeźwym myśleniem. Spełnił „ostatnią posługę” wobec Jezusa, ale też wszystkim chrześcijanom wyświadczył niezwykłą przysługę. Dzięki temu, że Józef urządził Jezusowi pogrzeb i ofiarował Mu swój grób, do dziś mamy pusty grób Chrystusa. Gdyby Jezus nie był pogrzebany w oddzielnym grobie, też by zmartwychwstał, ale my nie mielibyśmy gdzie pielgrzymować, nie moglibyśmy nawiedzać pustego grobu.
Miłość Józefa z Arymatei do Jezusa nie była związana z niezwykłym porywem serca. Nie rzucił wszystkiego: ani sieci nad jeziorem, ani rodziców, ani dotychczasowych zajęć. Nie rozdał połowy majątku ubogim. Ale uczynił w odpowiednim momencie to, co trzeba było zrobić.
Mamy nie tylko wierzyć w miłosierdzie, przyjmować miłosierdzie Ojca. Sami mamy stawać się znakiem miłosierdzia przez czyny, przez które przebija miłość Boża. Możemy nie czuć się powołani do dawania świadectwa na krańcach ziemi, do wielkich poświęceń, możemy nie być gotowi na śmierć męczeńską, ale nie możemy czuć się zwolnieni ze świadczenia o miłosierdziu Ojca w naszym codziennym życiu. Józef z Arymatei może być patronem tych wszystkich, którzy podejmują dzieła pozornie małe, bez rozgłosu, a które są bardzo ważne i wielkie, bo przemieniają codzienność oświetlając ją blaskiem miłosierdzia.
Ze św. Faustyną prośmy, by przejście drogi krzyżowej pomnożyło w nas pragnienie świadczenia o miłosierdziu Bożym.

„Pragnę się cała przemienić w miłosierdzie Twoje i być żywym odbiciem Ciebie, o Panie: niech ten największy przymiot Boga, to jest niezgłębione miłosierdzie Jego, przejdzie przez serce i duszę moja do bliźnich.
Dopomóż mi do tego, Panie, aby oczy moje były miłosierne, bym nigdy nie podejrzewała i nie sądziła według zewnętrznych pozorów, ale upatrywała to, co piękne w duszach bliźnich, i przychodziła im z pomocą.
Dopomóż mi, aby słuch mój był miłosierny, bym skłaniała się do potrzeb bliźnixh, by uszy moje nie były obojętne na bóle i jęki bliźnich,
Dopomóż mi, Panie, aby język mój był miłosierny, bym nigdy nie mówiła ujemnie o bliźnich, ale dla każdego miała słowo pociechy i przebaczenia.
Dopomóż mi, Panie, aby ręce moje były miłosierne i pełne dobrych uczynków, bym tylko umiała czynić dobrze bliźniemu, na siebie przyjmować cięższe, mozolniejsze prace.
Dopomóż im, aby nogi moje były miłosierne, bym zawsze śpieszyła z pomocą bliźnim, opanowując swoje własne znużenie i zmęczenie” [Dzienniczek 163].