ARTYKUŁY

Rozmowa z Philipp’em Madre o Marcie Robin

Słowa Marty Robin, która odeszła od nas ok. 18 lat temu, są ciągle bardzo aktualne. Otwarto jej proces beatyfikacyjny i obecnie wszystkie jej wypowiedzi są badane przez Kościół. To, co ma nam do powiedzenia, jest bardzo istotne dla życia współczesnego Kościoła.

– Miałem okazję spotkać Martę dwukrotnie i rozmawiać z nią ponad godzinę o bardzo ważnych dla Kościoła sprawach. Ale najbardziej poruszył mnie widok jej samej, żyjącej w ciemności od 50 lat, nie odżywiającej się niczym innym, jak tylko Eucharystią, uniesionej przez miłość i przepełnionej miłością do Boga, której jedyną troską było wypełnienie Jego woli. A jednocześnie nie mogła wiele zrobić, bo została całkowicie sparaliżowana w wieku 17-18 lat.

Każdego tygodnia, jako mistyczka, współczesna mistyczka, przeżywała Mękę Pana. Co tydzień, na własnym ciele, przeżywała stygmaty – znaki Męki Chrystusa na Krzyżu. Ale być może nie to jest najważniejsze, bo to, co przeżywała w sposób mistyczny jest w sumie jej osobistym doświadczeniem i być może nie należy się na tym zatrzymywać, traktując to jako tajemnicę samego Boga. Natomiast nie jest tajemnicą to wszystko, co powiedziała na temat przyszłości Kościoła, co Chrystus złożył w jej sercu odnośnie życia Kościoła.

Miałem ten przywilej i łaskę, że mogłem z nią spędzić półtorej godziny na dwa dni przed jej śmiercią i właśnie wtedy Marta wypowiedziała to wielkie proroctwo, tak bliskie jej sercu, dotyczące powrotu wiary w Kościele. Nie znaczyło to dla niej, że chrześcijanie stracili wiarę, ale że od pewnego czasu ich życie wiary jest jakby uśpione, że uczestniczą w Eucharystii czy sprawowaniu innych i sakramentów w sposób, być może nieco rytualny, nie angażując się całym sercem, nie wchodząc w postawę zaufania miłości Boga. Dla niej powrót wiary to jakby wylanie miłosierdzia, wylanie zaufania, którego Kościół miał wkrótce doświadczyć. Marta sądziła, że w chwili, gdy się tym dzieliła ze mną, to wylanie nie nastąpiło jeszcze w Kościele. Ale teraz, w chwili, gdy przekazuję wam to świadectwo, Kościół już zaczyna przeżywać wylanie miłosierdzia i zaufania, co sprawia, że chrześcijanie są zaproszeni przez Ducha Świętego, by nauczyli się na nowo doświadczać swojej wiary, życia w duchu wiary. Każdy chrześcijanin, w imię Chrztu św. jest zaproszony do tego, by wprowadzić do swojego życia życie samego Boga i uczynić z tego centrum swojego życia. Aby życie wszystkich chrześcijan zostało jakby napełnione życiem Boga, by każdy chrześcijanin, z wiarą i zaufaniem, mógł się poczuć włączony w dzieła Boże, które służą dobru człowieka na świecie.

To jest wielka tajemnica Kościoła, która przede wszystkim jest tajemnicą wiary. Nie jest to tajemnica wiary, która pozostawia nas w spokoju, w naszych czterech ścianach. Jest to tajemnica wiary, która wymaga od nas potraktowania na serio tajemnicy miłości Boga i potraktowania na serio potrzeby pilnego przekazania światu miłosierdzia Bożego.
W tym spontanicznym zrywie wiary, w tej odnowie wiary, jaką prorokowała Marta Robin, jest obecna moc życia, w znaczeniu, jakie temu pojęciu nadaje sama Ewangelia, zdolność chrześcijan, by czynić dzieła Boże i najpierw tym się zajmować i to tak, by być dla świata świadkiem wiary przeżytej osobiście, za cenę niezrozumienia przez świat, cenę dawania, w sposób być może trudny dla nas, świadectwa o miłości Boga, świadectwa miłości Chrystusa, który żyje.
Przypominam sobie jeszcze bardzo mocne słowa Marty, kiedy mówiłem jej o współczesnym lęku chrześcijan przed dawaniem świadectwa. Powiedziała wtedy: „Ale to ulegnie zmianie razem z powrotem wiary” i prawdą jest, że sytuacja ulega zmianie, i prawdą jest, że proroctwo Marty Robin dla Kościoła właśnie się wypełnia.
Myślę, że my także możemy stać się w pewnym sensie prorokami w imię naszego Chrztu, jak Marta Robin, która na swoim łożu cierpienia i wielkiej płodności życia, mogła wcielić w życie to proroctwo. Bardzo ważne dla niej było jak sądzę, by cała płodność jej życia opierała się na Eucharystii. Odwołując się do wiary, zapraszała wszystkich chrześcijan, by żyli Eucharystią, co zresztą ona sama przeżywała na swój sposób, by nie traktowali Eucharystii jako praktyki religijnej czy obowiązku, ale by naprawdę żyli tym, co celebrują, a co stanowi tajemnicę Kościoła.

Pozwólmy więc, by te słowa, będące testamentem Marty Robin, zapadły głęboko w nasze serca i wejdźmy w ten wielki poryw wiary, który unosi Kościół we wszystkich krajach i który czyni z nas współtwórców dzieł Bożych na świecie, które są dziełami Życia.

Niezwykła święta XX wieku. Marthe Robin (1902 -1981) – ks. Henryk Dziadosz, SI

Wiek XX szczyci się wieloma osobami, które znacząco wpłynęły na bieg historii naszych czasów. Są wśród nich naukowcy, politycy, ludzie kultury, a przede wszystkim święci, czasem nieznani, których wpływ na ludzkie dzieje jest bardzo wielki i dopiero z upływem czasu zostaje zauważony. Jean Guitton, filozof i członek Francuskiej Akademii Nauk, zapytał kiedyś Kardynała Daniélou o to, która z postaci XX wieku jest najbardziej niezwykłą osobą i podał mu kilka nazwisk: Jan XXIII, prezydent Kennedy, Generał de Gaull i otrzymał następującą odpowiedź: tą najbardziej niezwykłą postacią jest Marta Robin. Ten sam kardynał powiedział, że kiedyś wiek XX będzie się nazywał „wiekiem Marty”. W roku zaczynającym XXI wiek, 6 lutego upływa 20 lat jak Mała Marta (jak zwykli nazywać ją przyjaciele) odeszła do Pana. Choć jeszcze nie jest wyniesiona na ołtarze, nikt, kto ją poznał, nie wątpi, że jest niezwykłą świętą i jedną z najbardziej fascynujących postaci, jakie zna historia.

Marta urodziła się 13 marca 1902 roku na „Równinie” w Châteauneuf-de-Galaure (Departament Drôme), w domu Józefa i Alicji, jako ostatnie z sześciorga dzieci. Rodzice byli rolnikami, którzy prowadzili gospodarstwo typowe dla francuskiej wsi tego regionu. To szczególne miejsce wybrał Bóg, by objawić tajemnicę swojej miłości przez życie i ofiarę Marty. Marta, podobnie jak inne dzieci, wzrastała w atmosferze rodzinnej miłości, ale także zwykłej pracy, która nie oszczędzała nikogo. Mając 7 lat, zaczęła uczęszczać do powszechnej szkoły oddalonej od domu o 2 kilometry w Châteauneuf-de-Galaure, gdzie stawiała pierwsze kroki jako uczennica. Nad miasteczkiem górował kościół parafialny, którego proboszczem był Ksiądz Faure. On to przygotowywał Martę do Pierwszej Komunii świętej. Marta z powodu słabego zdrowia opuszczała szkołę, a także lekcje religii, przez co opóźniło się przyjęcie Jezusa po raz pierwszy do serca. Z czasem zupełnie przestała chodzić do szkoły z powodu pogarszającego się stanu zdrowia, a rodzice próbowali je ratować wysyłając ją do sanatorium, co w tamtych czasach nie było czymś zwyczajnym.

Marta miała usposobienie pogodne, lubiła wiejskie zabawy i tańce, spotkania sąsiadów, którzy gromadzili się w jej domu, by po pracy wypoczywać, rozmawiać i bawić się według tamtejszych zwyczajów. Rodzice Marty, a zwłaszcza jej ojciec nie byli zbyt religijni. Pan Robin życie pojmował realistycznie jako trud i obowiązek wychowania i nakarmienia licznej rodziny i nie przykładał wagi do religijnego wychowania dzieci. Bóg jednak dotarł do serca Marty w inny sposób – poprzez krzyż. Tym krzyżem było dla niej słabe zdrowie. Już po ukończeniu szkoły powszechnej Marta zapada na tajemniczą chorobę, która trwała ponad 30 miesięcy. Przez cały ten czas była nieprzytomna, a lekarze nie byli w stanie postawić właściwej diagnozy. Kiedy wróciła do zdrowia (na krótki czas) przeżywała duchowe zmaganie, w którym pomogła jej św.Teresa z Lisieux kilkakrotnie ukazując się jej i przekazując prorocze słowa, że nie umrze, ale będzie wiele cierpieć dla Jezusa. Przełomowym momentem w jej życiu duchowym było znalezienie starego modlitewnika, w którym uderzyło ją szczególnie jedno zdanie: „Dlaczego szukasz pokoju, kiedy jesteś stworzona do walki? Dlaczego szukasz przyjemności, kiedy stworzona jesteś do cierpienia?”. Pytanie o sens cierpienia nie było jej obce ponieważ od najmłodszych lat wiele chorowała. Teraz jednak pytanie to przeszyło ją do głębi. Czy jest stworzona do pokoju, przyjemności, czy może Bóg wybiera ją do tego, by poprzez cierpienie uzupełniać w swoim ciele braki męki Chrystusa dla dobra Jego Ciała – Kościoła (por. Kol 1, 24). Były to chwile walki, zmagania, rozeznawania, w jaki sposób odpowiedzieć Bogu na to zaproszenie. To zmaganie Marty przypomina mi duchową walkę św. Ignacego z Loyoli, który lecząc roztrzaskaną nogę w rodzinnym zamku nie mając innej lektury sięgnął po Pismo św. i Żywoty świętych. Lektura pomogła mu uczyć się rozeznawania duchowego, i rozpoznania swojego powołania, by oddać się na wyłączną służbę Chrystusowi.

Podobnie było u Marty. Uczyła się rozpoznawać głos Oblubieńca, który zapraszał do pójścia za Sobą, do całkowitego oddania się Jemu. Marta zdawała sobie sprawę, że oddanie się Jezusowi oznacza rezygnację ze swojego życia, stracenie swojego życia, ale czyż nie przypominała sobie wtedy, że kto straci swoje życie odzyska je, a kto je zachowa, ten je straci? (por. Łk 9, 24). Dokonała więc takiego wyboru, który miał ją zaprowadzić do całkowitego ukrzyżowania swojego „ja” razem z Chrystusem, aby otrzymać pełnię życia od Niego. Ten wybór miał swój zewnętrzny wyraz w „Akcie zawierzenia i ofiarowania się Miłości i Woli Boga”, jako żertwa miłości. Akt zawierzenia napisała w październiku 1925 roku (rok kanonizacji św. Teresy od Dzieciątka Jezus). Oddała Bogu wszystko: pamięć, ciało, zmysły, rozum, serce, uczucia, wolę, radość, ból, samotność – całe swoje życie. Rozpoznała, że jest stworzona do walki i cierpienia. Lubiła powtarzać: moim powołaniem jest modlić się i cierpieć. Wierzyła, że oddając się całkowicie Jezusowi bardzo konkretnie pomaga Kościołowi, który jest Ciałem Jezusa. Bóg przyjął ofiarę Marty. Zabrał jej wszystko, jak Hiobowi, nie dlatego, że prosił Go o to szatan, ale po to, aby ukazać dzisiejszemu człowiekowi, że sprawiedliwy z wiary żyć będzie (por. Rz 3, 28), że można błogosławić Boga będąc rozpiętym na krzyżu.

Martę dotknął postępujący paraliż; najpierw przestała chodzić, z czasem została zupełnie unieruchomiona. w małym łóżeczku, w rodzinnym domu, przez ponad 50 lat będzie się dokonywała jej ofiara. Paraliż obejmie również jej przełyk, co uniemożliwi jej przyjmowanie jakiegokolwiek pokarmu i napoju, oprócz Komunii św., którą raz w tygodniu przyjmowała od Ks. Faure (proboszcz), a później od Ks. Finet (ojciec duchowny), czy innych kapłanów, którzy świadczyli, że Hostia znikała wchłonięta w jakiś tajemniczy sposób bez przełykania. Marta również (co jest jeszcze większym cudem) była pozbawiona snu. W czasie okupacji niemieckiej ofiarowała także swój wzrok za Francję i od tego momentu była pogrążona w całkowitej nocy, aż do swego odejścia do Ojca. Nie przywiązywała jednak wagi do tych nadzwyczajnych darów. Lubiła powtarzać, że jest u siebie na gospodarstwie, gdzie nie brakuje chleba, mleka, sera i bardzo chętnie posiliłaby się tym pokarmem. Jeśli nie jadła, to nie dla jakiegoś widowiska – po prostu nie mogła.

Był jednak ból większy od głodu, pragnienia i bezsenności. Wyznała kiedyś, że to, co najbardziej było bolesne to agonia jej woli, aby bez zastrzeżeń i z radością przyjąć dar cierpienia, które najpierw związane było ze stygmatami, a następnie z cotygodniowym przeżywaniem Męki Chrystusa. Jej męka rozpoczynała się wieczorem w każdy czwartek i trwała do niedzielnego poranku. Marta przeżywała wszystkie etapy cierpienia Jezusa od Wieczernika, przez Ogrójec, niesprawiedliwy proces, biczowanie, cierniem ukoronowanie, drogę krzyżową, aż do agonii na krzyżu. Doświadczała co tydzień samotności, opuszczenia i ogołocenia jak Chrystus. Była z Nim w tej męce zajmując ostatnie miejsce na ziemi. Doświadczyła nocy, nieobecności Boga – piekła. Dlatego miała tak wielką miłość do grzeszników, do wszystkich opuszczonych, przestępców, więźniów, wątpiących, ateistów. W swoim ciele uobecniała miłosierdzie Boga do nich. Rozumiała dobrze, że zło może mieć swój kres kiedy się je przyjmuje, kiedy się jemu nie opiera (por. Mt 5, 39). Jezus przyjął grzechy wszystkich ludzi na siebie nie oddając złem na zło, ale modląc się do Ojca: „Przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Bóg w każdym pokoleniu potrzebuje świadków takiej postawy, która nie opiera się złu. W świecie, w którym żyjemy nie ma miejsca na słabość, pomyłki, na inne myślenie, na grzech. Dla tych powodów zwłaszcza systemy totalitarne budują łagry i obozy koncentracyjne, aby tam likwidować „grzeszników” (wszystkich słabych, inaczej myślących, wrogów). W takim świecie nie ma miejsca na miłosierdzie. Dlatego Bóg powołuje Kościół, aby był miejscem szczególnego miłosierdzia, aby poprzez konkretne postawy takich osób jak Marta Robin, bł. Siostra Faustyna ukazać prawdę o głupstwie krzyża. To  głupstwo polega na braniu na siebie grzechów innych po to, aby grzesznik mógł dostąpić nie potępienia, odrzucenia, ale miłosierdzia, przebaczenia grzechów. Powołaniem Marty było noszenie grzechów innych na  swoim ciele, stanie się grzechem na wzór Chrystusa, aby inni mogli stać się sprawiedliwością Bożą (por. 2 Kor 5,21).

Ten cel Marta będzie realizować nie tylko przez cierpienie i ogołocenie, ale również przez modlitwę, oraz wspomaganie licznych ruchów i wspólnot, które zwłaszcza po Soborze Watykańskim II pojawią się w Kościele, by być miejscem promieniowania miłosierdzia. Jedną z takich rzeczywistości są Ogniska Miłości (Foyers de Charité), które powstały w Kościele jeszcze na długo przed Soborem i były niezwykłą zapowiedzią kierunku Jego odnowy, zwłaszcza w Konstytucjach: Lumen Gentium i Gaudium et Spes. Aby ten zamiar zrealizować potrzebny był ktoś, kto go wprowadzi w czyn. Stąd tak ważnym okazało się spotkanie Marty z Ojcem Jerzym Finet, który w tym czasie był wizytatorem szkół katolickich na okręg Lyonu. Marta przez swojego proboszcza poprosiła O. Finet, aby jej przywiózł obraz Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych. I kiedy O. Finet odwiedził Martę 10 lutego 1936 roku ta wizyta całkowicie zmieniła jego życie. Podczas spotkania, które trwało trzy godziny Marta mówiła wspaniałe rzeczy o Dziewicy Maryi, o wiośnie Kościoła, która miała nadejść, o wielu Ogniskach Miłości i innych wspólnotach, które w Nim powstaną i na koniec poprosiła, aby od września rozpoczął rekolekcje w miejscowej szkole katolickiej dla tych, których Matka Najświętsza tam przyprowadzi. Ojciec Finet był zdumiony tą propozycją, ale za zgodą swojego Biskupa, który znał Martę, rozpoczął to dzieło.

Na pierwszych rekolekcjach, których nikt nie rozgłaszał pojawiło się ponad 30 osób. W ten sposób powstał zalążek Ognisk Miłości, które „są wspólnotami ochrzczonych, kobiet i mężczyzn, którzy za przykładem pierwszych chrześcijan oddają do wspólnego użytku swoje dobra materialne, intelektualne i duchowe. Żyją w tym samym Duchu, aby wraz z Maryją, jako Matką, pod kierownictwem kapłana, który jest ojcem wspólnoty, w nieustannym wysiłku życia, w braterskiej miłości – tworzyć Bożą rodzinę na ziemi. Przez swoją modlitwę i pracę w świecie, dają oni świadectwo Światła i Miłości zgodnie z nauczaniem Chrystusa – Króla, Proroka i Kapłana”. Dzisiaj te Ogniska są rozsiane na wszystkich kontynentach i w wielu krajach (również w Polsce), będąc szczególnymi miejscami promieniowania miłości Chrystusa, zwłaszcza przez organizowane tam pięciodniowe rekolekcje (w całkowitym milczeniu) według metody zaproponowanej przez Martę. Rekolekcje mają dwie formy: jedna – fundamentalna dla ludzi poszukujących Boga; druga – pogłębiająca życie duchowe dla tych, którzy tego pragną. Ojciec Finet odegrał bardzo ważną rolę w życiu Marty i w organizowaniu tego dzieła. Rodziło się ono z cierpienia i modlitwy Marty, ale musiało mieć kogoś, kto w sposób praktyczny będzie je realizował, a Bóg wyposażył O. Finet w niezwykły praktyczny zmysł i energię, które pozwoliły mu podróżować po całym świecie i zakładać nowe Ogniska.

Marta zjednoczona z Jezusem przez krzyż stała się milczącym świadkiem miłości Boga do człowieka w tym pokoleniu, które przeżyło dwie wojny światowe, totalitaryzm komunistyczny i faszystowski i dalej przeżywa ogromne zagrożenia nazwane przez Jana Pawła II cywilizacją śmierci. Bóg wybrał Martę, aby w tym wieku rozległ się jej krzyk: Bóg jest Miłością! Bóg jest po stronie człowieka, również tego, który się zagubił, utracił wiarę. O tym mówi całe jej życie. Bardzo wielu zagubionych wątpiących, ludzi z problemami odwiedzało ją, by usłyszeć proste, a jednocześnie głębokie słowa przywracające im nadzieję i wiarę. Marta posiadała wspaniały dar mądrości i rady. Przez jej pokój na Równinie przewinęło się ponad sto tysięcy osób, zwłaszcza uczestników rekolekcji, ale nie tylko. Odwiedzali ją kardynałowie, biskupi, księża, uczeni, politycy, prości ludzi, a także oddaleni od Kościoła. Jean Guitton opowiada o wielkim agnostyku francuskim doktorze Paul Louis Couchoud – filozofie i psychiatrze negującym nawet historyczność Jezusa – który pod wpływem modlitwy Marty i rozmów z nią przyjął wiarę.

Do Marty przychodzili również ludzie, którzy w dzisiejszym Kościele francuskim odegrali ważną rolę, jako założyciele i liderzy nowych ruchów i wspólnot. W rozmowie z nią szukali rady, ale przede wszystkim prosili o modlitwę. Prawie wszystkie nowe posoborowe rzeczywistości tego Kościoła mają swoje źródło w cierpieniu i modlitwie Marty. Częstymi jej gośćmi byli Jean Vanier i O. Tomasz Philippe – założyciele Arki, O.  Dominik Philippe – założyciel Wspólnoty św. Jana, Brat Efraim – założyciel Wspólnoty Błogosławieństw, Siostra Magdalena – założycielka Małych Sióstr Karola de Foucauld i wielu innych, dla których Marta miała nie tylko słowa rady, ale przede wszystkim ukazywała właściwe perspektywy rozwoju Kościoła i wspomagała ich swoim cierpieniem i modlitwą.

O. Finet powiedział kiedyś, że życie Marty można porównać do tajemnicy grobu Pańskiego. Jezus złożony do grobu zstępuje do otchłani, by tam spotkać Adama, wziąć go za rękę i powiedzieć mu: „Zbudź się o śpiący, a zajaśnieje ci Chrystus” (z homilii starożytnego Autora). Podobnie Marta ukryta przed światem (za jej życia nikt o niej nie słyszał z mass mediów) zstępowała do otchłani, aby bronić bram piekła, by nikt nie musiał cierpieć na wieki rozłąki z Miłością. Była ziarnem ukrytym w ziemi, które rozkłada się, aby zaowocować, przynosząc życie innym. To zdanie wypowiedziane przez Jezusa przy uroczystym wjeździe do Jerozolimy (por. J 12, 24) zostało umieszczone na jej grobie, by przypominać wszystkim, jak ono jest prawdziwe w życiu Marty. Wielu przez jej umieranie odnalazło życie. Jest wiele świadectw, które o tym mówią. Marta rzeczywiście brała na siebie ludzką biedę, problemy innych, by w ten sposób upodobnić się do Jezusa i przynosić życie.

Mam również swoje osobiste wspomnienie związane z Martą. W sierpniu 1979 roku odprawiałem swoje rekolekcje w Châteauneuf-de-Galaure. Było to niedługo po moich święceniach kapłańskich. Po rozmowie z O. Finet i za jego zgodą zostałem przyjęty przez Martę w jej pokoiku na Równinie. Na początku krótka modlitwa i potem rozmowa. Nastawiony byłem na jakieś wielkie przeżycia, a doświadczyłem wielkiej prostoty i zwyczajności. Prosiłem Martę o modlitwę. Obiecała pamiętać. Pytała o Polskę i Kościół w Polsce, o to ile mamy powołań. Mówiła z troską, że trzeba wiele modlić się o powołania, ponieważ (np. w Kościele francuskim) jest ich mało. Na koniec wspólnie odmówiliśmy modlitwę. Spotkanie było krótkie, ale do dziś pamiętam jej mocny głos (wydawałoby się zdrowej i silnej kobiety), który odsłaniał ogromny żar serca i pełną czułości troskę o drugich. Nie było nic nadzwyczajnego w tym spotkaniu, a jednak doświadczyłem wielkiego pokoju, jakim ona była przepełniona i którym obdarowywała innych. Wiedziałem, że ten pokój rodzi się z nieustannego zjednoczenia z Tym, który jest Miłością, z którego codziennie czerpała życie.

Marta odeszła do domu Ojca 6 lutego 1981 roku. Chociaż za jej życia była ukryta przed światem, to jednak wszystkie stacje telewizyjne i radiowe we Francji (również prasa) podały wiadomość o jej śmierci. Na jej pogrzebie zgromadziły się tysiące wiernych. Uroczystą Eucharystię dziękczynną za dar jej życia koncelebrowało 4 biskupów i dwustu kapłanów; rozdano sześć tysięcy Komunii św. Jej ciało spoczęło w rodzinnym grobowcu w Saint-Bonnet, a pokoik w jej domu na Równinie, pozostawiony takim, jakim był za jej życia, nadal przypomina o cichym męczeństwie Marty, o jej miłości do Boga i ludzi, o krzyżu, z którego rodzi się życie.

„Szczęśliwi, którzy odnaleźli Boga.” Lilla Danilecka, „Miłujcie się” 5/2001.

5 grudnia 1942 w bitwie pod syryjskim El-Alamejn, od wybuchu granatu Jacques Lebreton stracił oczy i obie ręce. Miał 20 lat. Bunt przeciwko Bogu doprowadził go do ateizmu i partii komunistycznej. Nawrócił się po spotkaniu z Martą Robin, jedną z największych mistyczek i stygmatyczek Kościoła katolickiego.

We wstępie do swojej biografii Jacques Lebreton napisał: „Trzeba mi było przeżyć to wszystko, aby móc z doświadczenia powiedzieć, że najgorszym z kalectw nie jest ślepota ani też amputacja obu rąk, lecz odcięcie się od Boga. Gdybym nie był okaleczony fizycznie, to zdanie nie miałoby w moich ustach żadnego sensu. Gdybym też nie zaparł się wiary na długie osiem lat mojego życia, tym bardziej! Ale jestem człowiekiem bez oczu i bez rąk. I przez osiem lat byłem człowiekiem niewierzącym. Dlatego mam prawo tak mówić”.

W jednej chwili zapadła noc.
Kiedy Jacques wyjeżdżał na front w czerwcu 1940 roku, we Francji podpisywano właśnie zawieszenie broni. Dwa lata później była bitwa pod El-Alamejn. „Po raz pierwszy w życiu – wspomina Jacques – zacząłem sobie wtedy zadawać pytanie o życie, o śmierć, o to czy chrześcijanie naprawdę mają rację. Podobno po »tamtej« stronie też ktoś jest. To wcale nie było takie jednoznaczne, bo w tej dziedzinie rozum nie wystarczał. Zauważyłem, że zupełnie niegłupi ludzie mówili, iż Boga nie ma. Co do Jego istnienia nie mieli wątpliwości tylko niezbyt inteligentni. Zauważyłem też, że jedni ludzie byli smutni, a inni się uśmiechali. I nic z tego nie rozumiałem”.

O świcie 5 grudnia 1942 r. było już po bitwie. Jacques usiadł na piasku i zaczął ostrożnie rozbrajać pozostałe w skrzynce granaty. Nagle któryś z jego kolegów, nie wiadomo dlaczego, wyjął granat ze skrzynki i zaczął go odbezpieczać, po czym ze strachu rzucił go prosto na kolana Jacquesa. Huk był potężny. Dla Jacquesa w jednej chwili zapadła noc…
Gdy dwa tygodnie później w szpitalu zmieniono Jacques`owi opatrunek na twarzy, stwierdził, że bez niego nadal nic nie widzi. Nie, przecież nie mógłby być ślepy! Inni może tak, ale nie on! Poza tym miał inne sprawy na głowie. Wciąż prześladował go problem istnienia Boga. Lekarz okazał się zaciekłym antyklerykałem. Rano, w południe i wieczorem kpił z księży, jak tylko potrafił. Kiedy jednak zobaczył Jacques’a, pomyślał, że medycyna tu nie wystarczy. Zaczął szukać wśród znajomych kogoś, kto mógłby go odwiedzać. Jak na złość wszyscy mieli inne ważniejsze sprawy niż jakiś tam wojenny kaleka. Czas znalazła tylko siostra franciszkanka, której klasztor mieścił się naprzeciw szpitala. „W moim ówczesnym przekonaniu – mówi Jacques – zakonnice był to kiepski wynalazek, ale skoro mogą odwiedzać chorych, to już coś. I tak oto, dzięki staraniom niewierzącego lekarza, siostra zakonna znalazła się przy moim łóżku. Tyle że z zakonnicami trzeba uważać, bo one zawsze chcą mówić o Bogu, a ja wcale nie miałem na to ochoty. Przez dwa tygodnie bez przerwy opowiadałem siostrze o wojnie, bombach, granatach i czołgach, ale nie był to temat nie do wyczerpania i w duchu z lękiem sobie powtarzałem: »Zobaczysz, Jacques, zaraz zejdziemy na śliski temat«”.

Pewnej nocy Jacques’a zaczęło dręczyć pytanie: „A gdybym nie miał także rąk? Przecież granat wybuchł mi w dłoniach”… Zastanawiał się, dlaczego od czterech miesięcy ktoś go karmił, ubierał. Wydawało mu się, że podczas zmiany opatrunku pielęgniarka bandażowała mu całe ręce. Postanowił to sprawdzić. Podniósł lewą rękę i położył na prawym ramieniu. Łokieć, przedramię, a dalej już nic. To samo z drugiej strony. Nie, to nie prawda! To nie może być prawda! Postanowiłem więc otworzyć oczy i zacisnąć pięść. Nie byłem w stanie. To śmieszne, ale w tym momencie pielęgniarka odeszła w kąt sali. Poczuła nagłą potrzebę ukrycia przede mną łez, tak jakbym mógł je zobaczyć. Sala był pusta. Koledzy poszli grać w karty gdzie indziej. Kiedy zatrzymano Jezusa, apostołowie uciekli. Człowiek jest zawsze sam, gdy cierpi. Koledzy pojawią się dopiero wtedy, gdy zgodzimy się już powiedzieć „fiat” wobec bólu i ograniczeń. Wieczorem przyszła pielęgniarka i zobaczyła, że byłem sam. Usiadła na brzegu łóżka. Dowiedziałem się, że nie mam rąk. Kobieta, która mi o tym powiedziała, była niewierząca. Zacisnęła dłoń na moim ramieniu, jakby mi chciała przez to pokazać swoją bezradność. Wobec cierpienia człowiek może tylko stwierdzić swoją porażkę i niemoc. Może też zadawać bez końca pytanie: „dlaczego”. Szukać logicznego wytłumaczenia. A przecież cierpienie to sprawa Boga. Tylko On może nadać mu sens. Bez wiary człowiek nie ma w tej sprawie nic do powiedzenia. Zrozumiałem, jak ubogi jest człowiek, jak mały wobec cierpienia. I jednocześnie jak wielki, gdy w końcu powie: tak.
W szpitalnym łóżku Jacques przeżył rozpacz. Tłumiona gorycz musiała kiedyś wybuchnąć. Pielęgniarka właśnie karmiła go zupą. Po trzech łyżkach wypluł jej wszystko w twarz i krzyknął: „Wynoś się stąd!”. Lecz ona usiadła przy rannym żołnierzu i oparła głowę na jego czole. Nie powiedziała ani słowa. Jacques poczuł za to jej łzy spływające po jego policzkach. W tych łzach zdawało się słyszeć: „Jacques, jeśli chcesz, możesz nas do końca życia torturować swoim cierpieniem. A my zawsze będziemy kapitulowali, bo tylko na to nas stać. Nie będziemy mogli ci pomóc, jeśli ty sam nie powiesz »tak«”.

Czy można pokochać osobę niepełnosprawną?


Przed wypadkiem Jacques był raczej mało energicznym chłopakiem. Potem jednak zmobilizował się i postanowił żyć bez oczu i rąk. Co się stało? Przecież nadal był tym żałosnym nieszczęśnikiem bez oczu i rąk. „To niesamowite – powiedział kiedyś w szpitalu do opiekującej się nim siostry – przywieziono mnie tu, abym się dowiedział, że jestem kaleką. Straciłem oczy i ręce, ale w zamian otrzymałem coś o wiele cenniejszego! Dwoje oczu i dwie ręce to niesamowicie dużo, ale jeśli się zastanowić, są one ograniczone. W zamian za nie otrzymałem coś bez granic – sens życia”.
Jeszcze będąc w szpitalu Jacques zwierzył się pielęgniarce, że pragnie się ożenić. Z oburzeniem odparła: „Ożenić?! To przecież szczyt egoizmu! Ślepy i bez rąk chce zniszczyć życie jakiejś młodej dziewczynie i jeszcze śmie nazywać to miłością!”.
Po wyjściu ze szpitala Jacques wrócił do Francji i trafił do Związku Niewidomych. Tam spotkał dziewczynę, która prowadziła go na lekcje solfeżu. Kiedyś zapytał ją, czy sądzi, że można pokochać osobę niepełnosprawną.
Okazało się, że można. Razem z Yvonne mieli pięcioro dzieci. Wiele lat później jeden z wnuków powiedział do Jacquesa: „Dziadku, jak to dobrze, że była wojna, bo gdyby jej nie było, nie poznałbyś babci, mama by się nie urodziła i nie byłoby mnie”.
Jacques chciał pracować. Prezes Związku Niewidomych zaproponował mu prowadzenie sekretariatu.

Nawrócenie

Zanim Jacques Lebreton odkrył w swoim życiu obecność Boga, przeżył osiem długich lat buntu. Obraził się na Boga i postanowił, że obejdzie się bez Niego. Uznał, że sam sobie poradzi i jeszcze udowodni światu, że o własnych siłach będzie pomagał innym. Działał więc z wielkim zapałem w organizacjach i stowarzyszeniach na rzecz niepełnosprawnych, lecz nade wszystko zapisał się do partii komunistycznej. W głębi serca czuł jednak coraz większą gorycz i rozczarowanie. Nędza i cierpienie, jakiego zbyt wiele dostrzegał wokół siebie, prowokowała go do wylewania potoków oskarżeń pod adresem Kościoła i kleru. Zadręczał Yvonne manifestowaniem swojego ateizmu. Postanowił wystąpić o rozwód. A ona wszystko cierpliwie znosiła. Codziennie uczestniczyła we Mszy świętej, aby wymodlić u Boga nawrócenie Jacques’a. Wierzyła, że w końcu nastąpi coś, co po raz kolejny odmieni życie jej męża.
W 1958 roku Jacques miał zamiar założyć nową organizację zajmującą się edukacją polityczną niewidomych. Poznał przy tej okazji niedowidzącego człowieka, który chciał w przeszłości zostać księdzem, lecz z powodu postępującej ślepoty nie mógł ukończyć seminarium. Hilary Maleysson mimo tej ciężkiej próby nie stracił wiary i postanowił przede wszystkim pomóc Jacques’owi. Któregoś dnia opowiedział mu o Marcie Robin i zaproponował, aby obaj się do niej udali. Jacques zgodził się, lecz bez entuzjazmu ani oczekiwań. 13 czerwca 1960 r. Jacques znalazł się w małym pokoiku na farmie w Châteauneuf, gdzie leżała Marta. Zapamiętał przede wszystkim trudne do opisania uczucie wewnętrznego pokoju, jakie pojawiło się w jego sercu. Marta spytała go, dlaczego przyjechał. Wtedy Jacques zaczął mówić jej o swoim rozczarowaniu księżmi, o hipokryzji w kręgach Kościoła, z jaką się wielokrotnie spotkał itd. Marta słuchała, nie przerywając, a Jacques czuł, jakby mówił do swojej matki. Marta nie komentowała oskarżeń Jacques’a pod adresem kleru. Poradziła mu tylko, aby zwrócił się do Katolickiego Bractwa Chorych i Niepełnosprawnych. Potem zajęła się rozmową z innymi gośćmi. Po chwili jednak spytała głośno: „A jak można pomóc temu dużemu?”. Jacques był zaskoczony. Przecież niewidoma Marta nie mogła widzieć, że był postawnej budowy. „Jest Pan żonaty i ma Pan dzieci”. Tego też nikt jej wcześniej nie mówił. „Proszę jeszcze przemyśleć ten pomysł z rozwodem. Niepokoi mnie, że bardzo zaniedbuje Pan dzieci. Jest Pan odpowiedzialny za ich wychowanie, a szczególnie za ich wychowanie religijne”… Po tych słowach Marta zwróciła się do ojca Fineta z pytaniem, co on o tym wszystkim sądzi. Jacques zauważył później: „Skąd ona znała całą moją życiową sytuację? I dlaczego tak błyskotliwa i inteligentna osoba spytała o radę swego kierownika duchowego? Przecież na pewno sama znała odpowiedź! Cóż za wielka pokora! Cóż za szacunek dla instytucji, jakże wielkie posłuszeństwo Kościołowi!”. Jacques wyszedł z tego spotkania przepełniony smutkiem, którego sam nie rozumiał.
Dopiero kilka miesięcy później w jego duszy nastąpiło owo „trzęsienie ziemi”, o które w swoich modlitwach tak gorąco prosiły Boga zarówno jego żona, jak i matka. Jacques powiedział później, że tej nocy wydawało mu się, iż znalazł się razem z Szawłem na pędzącym do Damaszku koniu i że to do niego Jezus powiedział: „Dlaczego mnie prześladujesz?”. Przez resztę nocy czuł się jak syn marnotrawny. Dwa dni później odbył spowiedź, która przywróciła mu ten pokój, jaki poczuł kilka miesięcy wcześniej w pokoju Marty Robin. Wyznał potem Yvonne: „Moim największym błędem w życiu było zaniedbanie modlitwy! Moja motywacja do działania była sama w sobie dobra, ale pobłądziłem tak bardzo dlatego, że nie podejmowałem wysiłku codziennego zatrzymania się w modlitwie, że odciąłem się od Boga. Ach, Yvonne, najgorszym z kalectw wcale nie jest utrata oczu i rąk; najgorszym z kalectw, które dosłownie rzuca człowieka na zatracenie w wir działania i aktywizmu stającego się celem samym w sobie i które potrafi doprowadzić do rozpaczy, jest odcięcie się od Boga”.


Musisz opowiadać…

Jacques Lebreton wcale nie chciał występować z partii komunistycznej. Nadal uważał, że wiarę i ideały walki klas można ze sobą pogodzić. Przecież większość jego partyjnych kolegów działała ze szczerych pobudek niesienia pomocy najuboższym. Jacques nie rozumiał, gdzie kryje się błąd. Aż pewnej niedzieli usłyszał w kazaniu słowa księdza: „Komunizm jest w swojej istocie ideologią przewrotną”. Teraz dopiero był w stanie podjąć decyzję o wycofaniu się z partii. Był rok 1961.
Nadszedł czas bilansu dotychczasowego życia. Jacques dostrzegł, jak bardzo zaniedbał rodzinę, jak wiele krzywd wyrządził Yvonne i dzieciom, które wychowywały się praktycznie bez ojca. Eric miał już 14 lat, Bruno 13, Claire 11, Jean-Paul 9, a Monique 5. Rodzina przeprowadziła się do większego domu, który jednak wymagał poważnego remontu. Kiedy jeden z przyjaciół zwrócił Jacques’owi uwagę, że trzeba być bardzo odważnym, żeby kupić tak zniszczony dom i podjąć się jego naprawy, ten z uśmiechem odpowiedział: „Odważnym? Nie. Trzeba być ślepym”.

Przyjaciele zaczęli namawiać Jacques’a do napisania książki o swoim życiu. On jednak uważał to za zupełnie niepotrzebne. Pewnego dnia zmienił zdanie pod wpływem audycji radiowej, w której dyskutowano nad wyrokiem uniewinniającym, jaki właśnie zapadł w sprawie kobiety, która zabiła swoje dziecko urodzone bez rąk i nóg. We Francji wybuchła prawdziwa debata społeczna na temat, czy należy dać prawo do życia osobom niepełnosprawnym. W przekonaniu znacznej części osób zdrowych pozbawienie ich życia to przysługa, bo przecież człowiek okaleczony nie może być szczęśliwy. Jacques postanowił zabrać głos w tej publicznej debacie i zaapelował w audycji radiowej, aby oddać głos w tej sprawie najpierw samym zainteresowanym. Zaczął też pisać autobiografię pt. Bez oczu i bez rąk. Znów udał się do Marty Robin i żalił się jej, że wydawca z oburzeniem odrzucił tytuł, który pierwotnie zaproponował, jako zbyt prowokujący. Brzmiał on: „Życie jest zabójczo piękne”. Marta wybuchnęła szczerym śmiechem: „Ach! To prawda! Życie jest zabójczo piękne!”. A po chwili dodała: „Wiesz, Jacques, bardzo cię lubię!”.
Książka wywołała żywą reakcję odbiorców. Jacques zaczął być zapraszany na spotkania z czytelnikami, do udziału w audycjach radiowych i telewizyjnych. Napływały zaproszenia na konferencje i spotkania z młodzieżą. Jacques obawiał się, że znów wpadnie w pułapkę aktywizmu, a przecież postanowił czas poświęcić rodzinie, którą tak długo zaniedbywał. Yvonne jednak rozwiała jego wątpliwości: „Musisz opowiadać ludziom o swoim życiu. Być może to jest twoje nowe powołanie”. W niedługim czasie doszło do tego, że trzeba było umawiać spotkanie z Jacquesem na rok naprzód.


Z mandatu Kościoła

W roku 1974 nastąpił kolejny nieoczekiwany zwrot w historii Jacques`a Lebretona. Yvonne wpadł w ręce artykuł na temat stałego diakonatu. „Wiesz, Jacques, myślę, że to coś dla ciebie. Dzieci zdążyły już wyrosnąć, powinniśmy poszukać sposobu, w jaki przez następne lata będziemy służyć Kościołowi. Pomogę ci”. Jacques poszedł na spotkanie z biskupem. Ten postanowił zrobić wszystko, aby Jacques otrzymał święcenia. Był tylko jeden problem. Diakon, według prawa kanonicznego, nie może być obciążony żadną skazą fizyczną ani psychiczną. Trzeba było wystąpić do Watykanu o stosowną dyspensę. Odpowiedź przyszła kategoryczna: „Diakon ma czytać Ewangelię, a ten, którego chcecie wyświęcić, jest niewidomy i nie posługuje się nawet brajlem. Ma rozdawać Komunię świętą, a nie ma rąk. To naprawdę ostatni kandydat, jakiego mogliście nam zaproponować!”.
Biskup Desmazieres z Beauvais nie zrezygnował. Ponawiał pisma i mnożył argumentacje. Tłumaczył watykańskiej komisji, że posługą Jacques’a będzie głoszenie świadectwa i słowa Bożego już nie z własnej inicjatywy, lecz z mandatu Kościoła. Sprawa trafiła do papieża Pawła VI, który polecił: „Ależ proszę zaufać biskupowi miejsca!”. Jacques 11Lebreton przyjął święcenia diakonatu 23 marca 1974 roku.

Dla kogo jest szczęście?

Jacques Lebreton jeszcze do niedawna czynnie działał w Katolickim Bractwie Chorych i Niepełnosprawnych, jak radziła mu kiedyś Marta Robin. W ostatnich latach jest już jednak zbyt słaby, aby podróżować, przemawiać do tłumów i odpisywać na stosy korespondencji. Zajmują się tym wolontariusze z Fundacji Jacques`a Lebretona, aby nieść pomoc i nadzieję osobom niepełnosprawnym.
W 1999 roku Jacques Lebreton podjął jeszcze jeden trud – napisania biografii, która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Le Sarment Fayard.

Poruszająca historia człowieka bez oczu i bez rąk skłania do refleksji na temat naszego prawa do decydowania o szczęściu innych. Jacques Lebreton nigdy nie twierdził, że kalectwo jest jego szczęściem. Nigdy nie potępiał matek, które lękają się o los swoich niepełnosprawnych dzieci. Zawsze im tylko powtarza, że szczęście wcale nie jest zarezerwowane dla ludzi zdrowych. Ono jest „zarezerwowane” dla tych, którzy odnaleźli Boga.

O Matko ukochana. Życie Maryjne według Dziennika Marty Robin. Alain Bandelier

Alain Bandelier, Ô Mère bien-aimée. Une vie mariale selon le Journal de Marthe Robin, w : Bernard Peyrous i Marie-Thérèse Gille [red.], Marthe Robin. Si petite si grande. Lumières sur un itinéraire spirituel, Châteauneuf-de-Galaure 2003, ss. 77-98.  tł. Elżbieta Kolańska

Uwagi wstępne
1. Z pobieżnego rachunku wynika, że w Dzienniku Marty Robin odniesienia dotyczące Maryi stanowią około 7% tekstu. Przyznaję, jest to mniej, niż się tego spodziewałem. To wskazuje, że u Marty odwołania do Maryi nie są bez znaczenia. Nie są również natrętne. To znak wyważenia.  
2. Kiedy Marta mówi o Maryi, mówi o kimś rzeczywistym. Zawsze chodzi o osobistą relację z osobą. Jest to relacja żywa, serdeczna, głęboka. Jej świadectwo może pomóc w odparciu dwóch klasycznych pokus: sentymentalizmu – w pobożności maryjnej, intelektualizmu – dla doktryny maryjnej. Właśnie oddzielenie pobożności od doktryny prowadzi do ich wzajemnego zubożenia. Przeciwnie, doświadczenie mistyków jednym przypomina, że Słowo to więcej niż słowa, innym, że modlitwa to więcej niż stan ducha.    

3. W wierze i modlitwie Marty, Maryja nie jest nigdy oddzielona od Jezusa czy Trójcy Świętej. Maryja nie jest, właściwie mówiąc, przedmiotem, jeszcze mniej celem aktu wiary. Jest raczej wierzącą w Ludzie wierzących. Tą, która jest z nami u zarania i na drogach wiary.
W ślad za świętym Ludwikiem-Marią Grignion de Montfort, który cytuje świętego Ambrożego, i daje własny komentarz do Magnificat, Marta mówi: »Niech dusza Maryi będzie we mnie, aby wychwalać  Pana!» «Niech duch Maryi będzie we mnie, by we mnie radować się w Bogu!». Tak jak Grignion, Marta dopełnia wezwanie o to, co istotne. Tylko, że Ona umieszcza je na początku, podczas gdy u niego znajduje się ono na końcu: «Niech Święte i Niepokalane Serce Maryi będzie we mnie, by kochać Pana!»
4. Maryjna pobożność Marty nie daje się sprowadzić do wąskich rozmiarów indywidualnej pobożności. Jest wyzwaniem, często wypowiadanym, by nauczyć się kochać. Domyślamy się, że serce maryjne poszerza się do rozmiarów świata: «Maryja opiekuje się nie tylko kilkoma wybranymi duszami. Przybywa Ona z pomocą każdej istocie ludzkiej. Święta Dziewica ma całkowitą władzę nad sercem Boga, dlatego też całą swą ludzką rodzinę ochrania, pociesza, leczy, dodaje odwagi, oświeca, podtrzymuje, chce zbawić.» Pocieszać, leczyć, dodawać odwagi, oświecać, podtrzymywać, chcieć zbawić. Jak nie rozpoznać w tych działaniach braterskiej posługi i duchowego macierzyństwa, jakie Marta Robin spełniła względem jednych i drugich, nawet jeśli są to słowa, których by nigdy nie użyła?

5. Nie należy szukać w Dzienniku Marty teologicznego czy duchowego wykładu. Zresztą broni się przed tym: «Tak wiele można by jeszcze powiedzieć o Maryi, i takie piękne rzeczy, ale na tym poprzestanę, czuję się nadto niezręczna, nadto nieważna; wolę praktykę od wywodu, cnotę od wymowy. Pozostawiam zdolnym umysłom zaszczyt opisywania; zresztą moje serce jest naprawdę w strzępach. Zbyt krwawiło.»
W czasie Uroczystości poświęconych Dziewicy, pisze jednak krótkie katechezy (3 lutego i 8 grudnia 1930; 2 lutego i 8 września 1931) i przytacza pewną rozmowę wraz z argumentacją (26 października 1931).
Natomiast jej zapiski, w których odbija się Jej doświadczenie, albo przynajmniej część lub chwila tego doświadczenia, zawierają teologię wziętą z życia i pouczenie duchowe. Można z nich wyczytać cechy charakterystyczne dla życia chrześcijańskiego w szkole Marty, które streścimy.

Kochać Maryję i żyć z Nią

Gdy się przegląda Jej Dziennik, uderza naturalność, z jaką Marta Robin, przy każdej sposobności, nawiązuje i odwołuje się do Maryi. Chodzi o obecność, która jest całkiem oczywista, bliska i zażyła. Widać to zwłaszcza w godzinach lęku i próby, ale wyczuwa się, że tak jest stale. Dla niej, Maryja to nie jakiś problem. Z nią nie stajemy wobec kwestii maryjnej i różnorodności problematyki: biblijnej, historycznej, teologicznej. Stajemy przed samą Maryją.
 
«Kocham Cię, Matko Najdroższa, i Ty mnie kochasz, Twoją córkę.»
«Kto prawdziwie kocha Maryję, może uważać się za naprawdę szczęśliwego, gdyż ma pewność, że jest kochany przez Zbawiciela […]. Świętość należy do dusz prawdziwie kochających Maryję.»
«Moja dobra Matko, oddaję Ci moją inteligencję, by zgłębiała Twoją wielkość, moją pamięć, by nie zapomniała o Twoich dobrodziejstwach, wszystkie moje myśli, by wszystkie należały do Ciebie, moje serce, by zawsze Cię kochało.» «Kochać Maryję, to mieć pokój i radość. Niech żyje Maryja: taka jest pieśń radości i chwały dusz, które miłują. Śpiewajmy ją bezustannie, to pieśń Nieba, to pieśń miłości.»

Przypomina się debata, jaka miała miejsce podczas II Soboru Watykańskiego.
Padło pytanie, czy uczczenie tajemnicy i roli Maryi wymaga, by poświęcono im specjalny dokument, lub czy trzeba go włączyć w Konstytucję Kościoła. Ojcowie Soboru zajęli zdecydowane i płodne w swych konsekwencjach stanowisko, poświęcając Matce Bożej ostatni rozdział Lumen Gentium, będący zarazem ukoronowaniem tego dokumentu. Maryja nie jest poza Kościołem, ponad Nim czy obok. To pewne, że jest pierwszą wśród wszystkich wiernych, ale to nie odcina Jej od Ludu Bożego, wręcz przeciwnie: «Wierzymy, że Przenajświętsza Matka Boża, nowa Ewa, Matka Kościoła, nadal pełni w niebie swą macierzyńską rolę względem członków Chrystusa.»
List Jana Pawła II dotyczący Różańca zmierza w tym samym kierunku. Podkreślając chrystocentryczny charakter Różańca, a w szerszym znaczeniu wszelkiej  pobożności maryjnej, Ojciec Święty wskazuje, że mniej chodzi o to, by kontemplować Maryję, ale by kontemplować Jezusa z Maryją, oczami i sercem Matki. «Z Maryją» – oto niezmienna cecha postawy Marty:

«Podążajmy za Jezusem i podążajmy za Nim z Maryją, Jego niezrównaną Matką.»   
«Odczuwam prawdziwe szczęście dziecka, mogąc wtulić się w macierzyńskie ramiona mojej Najdroższej Matki, by żyć w Jej słodkiej obecności w łączności i miłości z Jezusem […].» «Teraz Święta Dziewica już mnie nie opuszcza ani na krok.»
Wydaje mi się, że z tej intuicji należy wyprowadzić jeszcze jedną równie charakterystyczną cechę wiary Marty. Maryja jest nie tylko z nami, Ona jest z Jezusem. Obiektywnie, są nierozerwalni, ponieważ są oboje całkowicie złączeni dla Odkupienia świata. Razem są na początku tajemnicy Zbawienia (Wcielenie Słowa w Maryi w Nazarecie) i razem w jej spełnieniu (wywyższenie ludzkości wraz ze Zmartwychwstałym, które dla Maryi dokonało się już w chwili Zwiastowania). Są razem w centralnym punkcie Odkupienia, jakim jest Krzyż. Subiektywnie więc, są nierozerwalnie złączeni w naszym życiu duchowym. Kiedy Marta wznosi oczy ku Jezusowi, zawsze widzi przy Nim Maryję. Jest to wbrew chrześcijaństwu doktrynalnie rzekomo czystszemu, a w rzeczywistości bardziej abstrakcyjnemu, jako, że rozdziela to, co Bóg złączył. Chrystocentryzm nie jest chrystomonizmem.  

Można dodać, że Jezus, odwieczne Słowo, w swoim wywyższonym człowieczeństwie, zajmuje miejsce po prawicy Ojca. Dlatego też Marta chętnie podąża za Maryją tam, gdzie Ona jest, ze swoim Synem, mianowicie w sercu Trójcy: «Przekracza granice Trójcy, granice Boskości.» «Komu kiedykolwiek uda się dostatecznie jasno opisać, tak by stała się dostępna każdej duszy […], tę niewypowiedzianą radość bycia za przyczyną przeczystej Maryi Dziewicy prawdziwie złączonej z Boską Trójcą?»
Nie trzy odrębne drogi, ale jedna i ta sama droga z Jezusem i Maryją, w Trójcy.»
Śmiałe sformułowania, które bardziej przemawiają do mądrości kontemplacyjnej, niż rozumu spekulacyjnego.
Tym intuicjom i porywom Marty nieodłącznie towarzyszy uczuciowość pełna świeżości i zapału dla Tej, którą nazywa «[swoją] ukochaną Mamą», «[swoją] wielce możną Mamą». Można by się obawiać, że w innych ustach sformułowania te brzmiałyby dziecinnie. U Marty, są wyrazem jej przywiązania, jako córki, jej osobistej przynależności, wdzięczności. Wyrażają także wyjątkowo głęboką zażyłość, w jaką wprowadziła Ją Maryja. 

Być uczniem w szkole Maryi i żyć jak Ona

Mówi się, że ludzie przyciągają się na zasadzie podobieństw. Odwrotne stwierdzenie jest bez wątpienia jeszcze bardziej prawdziwe: «Kto z kim przestaje, takim się staje». Więź ma moc przekształcającą. Życie z Maryją prowadzi do tego, by żyć jak Maryja. Obecność Marty dla Maryi, i obecność Maryi dla Marty, są wyrazem zarówno pragnienia, jest to pragnienie dziecka, jak i wezwania, jest to wezwanie Matki. Zarówno pragnienie jak i wezwanie podążają w tym samym kierunku wzrostu zażyłości i pogłębiania więzi rodzinnej:     
«Spraw, abym była do Ciebie podobna. Aby nie było ani jednego mojego uczynku, ani jednego mojego cierpienia, które nie byłyby aktem miłości.»
«Jakże rozkosznym i wzruszającym modelem jest Maryja!» I tym razem myśl Marty Robin i jej modlitwa są wolne od niejednoznaczności. Dobrze wie, że życie chrześcijańskie jest w swej istocie Naśladowaniem Jezusa Chrystusa. Naśladować Maryję, znaczy przede wszystkim naśladować Maryję w Jej wierności Jezusowi. To podwójne odniesienie nie wprowadza dualizmu, tym bardziej sprzeczności. Marta przeżywa je i wyraża w wielkiej harmonii:   
«Upodobnić się do Jezusa, wymodelować moje życie na wzór Jego życia: Naśladować Maryję bardzo wierną Dziewicę, Dziewicę kapłańską, kochać w Ich miłości… pozostawać w łączności z Nią wsłuchaną w otoczeniu  mojej Królewskiej Rodziny… to cały mój ideał!»
Oddaje to zwięźle w trafnym sformułowaniu:

«Kochać Jezusa, jak kochała Go Maryja, kochać Maryję, jak kochał Ją Jezus.»
Lepiej rozumiemy, dlaczego zarówno w pismach Marty Robin jak i jej dialogach, Maryja jest nierozłącznie Matką i Królową; jest Królową, ponieważ jest Matką. Rozpoznajemy tu powracający temat doktryny świętego Ludwika – Marii Grignion de Montfort: on również uznaje Dziewicę jako «moją Matkę i moją Panią». Maryja, jako dobra Matka, formuje swoje dzieci, uczy je, prowadzi. Ale władza, jaką ma nad nimi nie jest sprawowana z zewnątrz. Maryja działa od wewnątrz, przez promieniowanie, przez zaraźliwy przykład, jednym słowem – przez podobieństwo. Tak więc, zapożyczając od Jana Pawła II często przez Niego używane sformułowanie, więź afektywna staje sie więzią efektywną. 

Czyż dusza Maryi nie jest chrześcijańska w całym tego słowa znaczeniu ? Nie można się całkowicie powierzyć Panu Jezusowi inaczej czy lepiej niż Jego własna Matka. Dlatego też Maryja jest idealnym wzorem uczennicy. Ale nie jest modelem w potocznym rozumieniu słowa: obrazem do kopiowania, czy  programem do naśladowania. Marta wzbrania się przed takim atraktowaniem Maryi, kiedy mówi o naśladowaniu Jezusa:  «Patrzmy na Niego, patrzmy na Niego często, patrzmy na Niego długo, patrzmy na Niego ciągle, nie po to, by Go naśladować w tym, co zrobił… nie staniemy się święci przez kopiowanie; ale by się do Niego upodobnić w tym, czym On jest […].»
Tak więc, Maryja jest modelem żywym, można powiedzieć modelem modelującym. Widzimy podobieństwo z intuicją Teresy z Avili: «Kontemplować, to stawać się». Uderza zbieżność z nauczaniem Ojców po II Soborze Watykańskim: Maryja jest figurą Kościoła, Kościół może kontemplować w Maryi jak w zwierciadle swoją własną tajemnicę i swe powołanie.  

U Marty odnajdujemy również akcenty małej Tereski:
Bóg, chcąc nam dać Świętą Dziewicę jako model, jako przykład, chciał, aby na ziemi Jej życie było bardziej naśladowane niż podziwiane. Chciał, aby wszystkie dusze mogły osiągnąć zbawienie przez Jezusa i Maryję. Gdyby w życiu Świętej Dziewicy była mowa jedynie o czynach olśniewających, niepospolitych, cudownych, ile dusz ośmieliłoby się wziąć Ją sobie za model. Zresztą, to na Jej życiu wewnętrznym zbudowanym całkowicie w doskonałej więzi z Bogiem musimy budować nasze życie.» Oto, co dla  Marty jest nadzwyczajne: «Ta nieobecność rzeczy nadzwyczajnych w życiu Królowej Nieba jest najczystszym cudem.»
Przed dzieckiem staje więc zadanie, by nauczyć się wszystkiego od Matki. W Dzienniku Marty «uczyć się» jest słowem, które stale powraca. Maryja jest wyższą szkołą Ewangelii. «Oddaję się więc całkowicie opiece Jezusa w szkole Świętej Dziewicy […] Nauczcie mnie lepiej przenikać, lepiej rozumieć cudowne tajemnice, wielkie lekcje Żłóbka i Kalwarii…»
«Ponieważ Ty jesteś naszą Matką, Maryjo, naucz nas rozumieć Miłość, uczyń nas zdolnymi żyć w duchu Jej doktryny. Naucz nas modlić się, przebaczać, kochać, opiewać cuda Pana; naucz nas dzielić się z naszymi braćmi łaskami, które nam wypraszasz. […] O Matko, Dziewico Niepokalana, naucz mnie żyć i umierać  w pokoju i w Miłości Boga.»

Powierzyć się Maryi i żyć przez Nią

Czy trzeba przejść przez Maryję, żeby być uczniem Chrystusa? Na to pytanie Marta przez cały czas odpowiada twierdząco w swoim Dzienniku. Tym samym odpowiada jednej z cech, które według świętego Ludwika – Marii Grignion de Montfort są charakterystyczne dla pobożności prawdziwej (maryjnej). Jest to również jedna z kwestii najbardziej  podsycających dyskusje. Niemniej faktem nie podlegającym dyskusji jest prawda, zarazem historyczna i teologiczna: Jezus przychodzi do nas przez Maryję. «Bóg dał nam Jezusa przez Maryję.» «Jezu, daj mi Siebie przez Maryję […]. Dziewica Maryja oddała ziemi: Życie, Światło i Miłość, błogosławiony owoc Swojego Dziewictwa, Jezusa […], słodkiego Mesjasza, Żywą Hostię naszego zbawienia.»
To, co mniej oczywiste, to że droga między nami a Jezusem prowadzi również przez Maryję. A przecież prosta jest logika tej zależności, którą podaje Grignion de Montfort w swoim akcie Poświęcenia Mądrości Wiecznej przez ręce Maryi: «Przedstaw mnie Twojemu drogiemu Synowi, aby, gdy osiągnę zbawienie przez Ciebie, On przyjął mnie przez Ciebie». Jest to również perspektywa Marty: «Moją dewizą jest: «Cała dla Jezusa przez Maryję Pośredniczkę wszelkich łask. Całe moje życie jest złączone z Naszym Panem w łączności z Jego Przenajświętszą Matką.»
 «[…] Kochać Jezusa idąc do Maryi, pozwolić, by Jezus w nas królował, przez Maryję. Cóż bardziej istotnego: Bóg nam dał Jezusa przez Maryję, zatem trzeba iść do Maryi by dotrzeć do Jezusa.»

Marta nie idzie prawie nigdy sama do Jezusa. Nie znaczy to, że nie idzie tam bezpośrednio. Przeciwnie, dowodzą tego Jej modlitwy pełne ognia i porywu, i te chwile, kiedy, jak Teresa od Dzieciątka Jezus, przechodzi spontanicznie od «Pan» do «Ty», zwracając się do Tego, którego kocha. Dla niej, przejść przez Maryję, nie znaczy pójść okrężną drogą, oddalić się, jeszcze mniej, dewocja. Przeciwnie, to pójść dalej i głębiej, jeszcze pewniej i jeszcze bardziej bezpośrednio: «To przez Maryję i z Maryją i w Maryi pójdę do Jezusa i będę cała dla Niego. To Maryja, moja tak dobra Matka, da mi dzisiaj Swojego słodkiego Jezusa i to Ona da mnie Jemu. […] Jestem całkowicie cała (sic) dla Jezusa przez Maryję. […] Wielkie jest upodobanie Jezusa w tych, którzy kochają czule i wiernie Jego czułą Matkę.»
To doświadczenie duchowe Marty Robin i Dziennik, który je wyraża powinny się znaleźć w dokumentacji teologicznej tak delikatnego zagadnienia jakim jest «mediacja» maryjna (cudzysłów jest istotny). Odnotujmy, że Sobór Watykański II nie ocenzurował tego określenia, wbrew temu co się czasem mówi. Wymaga jedynie, aby rozumiano je jako udział i współpracę, «uzależnione od jedynego Źródła». Macierzyńska miłość Maryi «czyni Ją zatroskaną o tych Braci Jej Syna, których pielgrzymka jeszcze nie dobiegła kresu, albo którzy poddani są niebezpieczeństwom i próbom, aż dotrą do błogosławionej ojczyzny. Dlatego też Kościół przyzywa błogosławioną Dziewicę imieniem orędowniczki, współpracownicy, wspomożycielki, pośredniczki, ale czyni to w sposób, który w niczym nie umniejsza ani nie odbiera godności i skuteczności jedynego Pośrednika, jakim jest Chrystus.» Wzbudza podziw ogromna pewność doktryny Marty Robin 
«Bóg dał nam Jezusa przez Maryję, trzeba zatem iść do Maryi by dotrzeć do Jezusa […]. Maryja nie jest sprawczynią łaski. Ona jest Królową świata łaski […]. Dusza, która czyni z Maryi swą orędowniczkę jest pewna, że jej modlitwy, jej prośby zostaną wysłuchane. Jezus nie odmawia niczego Maryi. Ona nie musi prosić, ona czerpie.»

 
Reasumując
«Piękno misji Maryi polega na tym, by przyprowadzić do Jezusa tych wszystkich, którzy przychodzą do Niej.»
Jeden jest Pośrednik między Bogiem i ludźmi 34. Właściwie, Maryja wchodzi nie w naszą relację z Bogiem, ale w naszą relację z Jezusem Chrystusem 35. Ta pośrednia mediacja nie nakłada się na pośrednictwo Chrystusa, nie jest w stosunku do niego ani równoległa ani konkurencyjna. Jej pośrednictwo nie rani chrystocentryzmu chrześcijańskiego życia i modlitwy, ale go wzmacnia. W zgodzie z klasyczną formułą pobożności maryjnej, Marta może powiedzieć, że «wszystkie dobra duchowe, a nawet doczesne, które otrzymujemy, przechodzą przez szczodre ręce Przenajświętszej Dziewicy»; ale zaraz spieszy z wyjaśnieniem, że Maryja «nie jest tych dóbr posiadaczką, lecz ich nadzorczynią i rozdawczynią; otrzymuje je od «Tego, który jest» i do którego wszystko należy» 36. Zauważmy, jakimi nieco dziwnymi słowami posługuje się Marta, by lepiej oddać to stwierdzenie! Ale są to słowa, które do siebie pasują i które dla Niej niewątpliwie wyrażają więcej niż prawnicze określenia depozytariusza i właściciela.

Przylgnąć do Maryi i żyć w Niej

Z tego, co zostało powiedziane wyłaniają się zarysy macierzyńskiej twarzy Maryi, a także cechy serca Jej córki, Marty. Co więcej, rysuje się mocna, głęboka i piękna więź, która je łączy. Niemniej świadectwo Marty Robin (i innych) skłania do zgłębienia owej tajemnicy duchowego macierzyństwa Najświętszej Maryi Panny i życia maryjnego uczniów Jezusa, którzy są również Jej braćmi. Pojawia się bowiem niebezpieczeństwo widzenia i przeżywania tej relacji z Maryją jedynie na poziomie operatywności (by posłużyć się językiem klasycznym) lub (mówiąc językiem bardziej nowoczesnym) dyspozycyjności, spychając na plan dalszy to, co w niej osobowe. Maryja nie jest dla nas jak Matka, Ona jest Matką. A naszym zadaniem nie jest żyć jak dzieci, ale stać się Jej dziećmi. Istnieje pokusa, by pójść łatwą drogą koncentrowania się na moralności (tym, co trzeba robić), czyniąc z mistyki (w znaczeniu doświadczenia tajemnicy) nieobowiązujący dodatek, a nawet swego rodzaju ukoronowanie, od którego jednakże trzymamy się z daleka. Otóż, prawda jest odwrotna. Byt poprzedza działanie. Źródłem życia moralnego jest życie mistyczne, bez którego miłosny poryw zostaje sprowadzony do wysiłku woli a miejsce błogosławieństwa zajmuje samozadowolenie, – o ile nie wyprze go rozpacz, że nie udaje się go osiągnąć.        
W trakcie Soboru, Pawłowi VI zależało na tym, by ogłosić Maryję Matką Kościoła. Wiemy, że pozostawało to w związku z usilnym staraniem i gorącą modlitwą Marty. Jest jasne, że należy rozumieć to macierzyństwo eklezjalne Maryi, które dotyczy «całego ludu Bożego, zarówno wiernych, jak i pasterzy Kościoła» 37, w sposób analogiczny. Jednoznaczne rozumienie prowadziłoby do naiwności (jak w przypadku Nikodema zadającego sobie pytanie, czy powinien ponownie wejść do łona swej matki 38) a nawet wątpliwych postaw psychologicznych. Z drugiej strony, nie można się zadowolić rozumieniem dwuznacznym, rozmytym, gdzie «Matka» byłaby jedynie formułką służącą wyrażeniu czułej więzi. Znaczyłoby to nie wziąć pod uwagę świadectwa ukochanego ucznia («i od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie» 39) i doświadczenia świętych.
«Niewiasto, oto syn Twój… Synu, oto Matka twoja» 40. To podwójne stwierdzenie, będące zarazem podwójnym wezwaniem, buduje nową relację między dwiema osobami, dwoma istnieniami, dwoma sercami. Chodzi o macierzyństwo rzeczywiste, bynajmniej nie cielesne, ale i też nie tylko teoretyczne. Łaska obdarzająca nas życiem, życie chrześcijańskie, jeśli odnosimy je do jego źródła jakim jest Chrystus, życie Boże, jeśli odnosimy je do jego trynitarnej głębi, przychodzą do nas od Maryi. Z racji tajemnicy Wcielenia, to oczywiste, z racji również tajemnicy Odkupienia, nieobcej Maryi: zakłada bowiem ofiarę, której się od Niej oczekuje u stóp krzyża, gdzie daje swego Syna i oddaje się wraz z Nim. Wiemy zresztą, że Marta w sposób szczególny towarzyszy Maryi w tajemnicy Męki, i że Maryja wchodzi wraz ze swoja córką w jej mękę «małej ukrzyżowanej miłości».

W ten sposób zadzierzguje się wspólnota wnętrza Matki i ucznia, wspólnota rzecz jasna duchowa, ale ta duchowość jest rzeczywistością konkretną. «Intymna więź łącząca życie Maryi z życiem Jej córki, z każdym dniem ściślej mnie splata z Jej macierzyństwem, do tego stopnia, że serce tak czyste Świętej Dziewicy stało się serce Jej dziecka!».
Myśl tę Marta rozwija: «O, rozkoszna tajemnico!» 41. Duchowo, uczeń jest w Maryi, jak w źródle, albo raczej fontannie wszelkich łask, ponieważ Ona jest Matką pierwszej łaski, w której zawarte są wszystkie pozostałe. Może to się wyrażać na sposób niemalże dziecięcy: «Wtulam się cała w Świętą Dziewicę […]« 42. Ale nie dajmy się zwieść, chodzi o bardzo wymagającą i prawdziwie dojrzałą postawę oddania :
«Całym programem mojego życia jest trwać w łączności z Maryją moją Matką, w posłuszeństwie wewnętrznemu Mistrzowi, który mnie prowadzi, pozwolić, by Bóg mną zawładnął, pochłonął i spalił […]. » «Zawierzam wszystko mojej ukochanej Matce i oddaję się całkowicie w Jej ramiona; ażeby pomagała mi uświęcać i ofiarować Bogu każdą minutę, którą On mi daje, w całej jej rozciągłości. »
Z drugiej strony, Maryja jest w wiernej duszy jak wewnętrzna forma albo matryca wszelkiego aktu wiary i miłości, przez który Słowo może w pewnym sensie przybrać ciało w ludzkiej egzystencji:
«Czy mój Bóg pozostawi mnie jeszcze długo na ziemi ?[…]. Jakie to ma znaczenie, jeżeli przez Maryję i w Maryi mojej ukochanej Matce potrafię kochać, żyć, cierpieć i robić wszystko z czystej Miłości… i aby umrzeć z Miłości!» «Jezu! Pozwól, by przeczyste cnoty Maryi zstąpiły w moje serce i zaowocowały.»

Otóż, łaska maryjna w całym tego słowa znaczeniu jest łaską Fiat, «pełnym oddaniem miłości dla Miłości» :  
To właśnie Marta chce otrzymać od Maryi, «wyciągając do Niej rękę niczym mała żebraczka» 48.
«Moja dobra Matko, działaj we mnie… módl się we mnie… mów we mnie… cierp we mnie… kochaj we mnie i ze mną Jezusa, bym w ten sposób była w stanie powiedzieć w każdym momencie w łączności z Tobą: jestem małą służebnicą Pana… niech mi się stanie według Jego upodobania.» 49.
«Niech moje życie będzie już jedynie miłosnym «tak» […].»
Owo miłosne Tak, ów znak zaślubin, jest darem pokornym i królewskim, radosnym i bolesnym, ukrytym i płodnym. Jest bez wątpienia sercem doświadczenia duchowego, w które Marta Robin zostaje wprowadzona w tych przełomowych dla niej latach, co potwierdza Dziennik.

«Dziewico, tak piękna i tak czysta! Niepokalana Dziewico Maryjo, zachowaj nas, Jezusa i mnie, miłośnie zjednoczonych w Twoim matczynym Sercu.»
To dziewicze przymierze jest powołane do tego, by być płodne, coraz bardziej płodne. W kolejnych latach wypełnią je w całej rozpiętości otwarcie szkoły, spotkanie ojca Finet, początki Ognisk, ich dalszy rozrost. Ale już Serce Maryi jest mistyczną siedzibą, gdzie mają miejsce zaślubiny Baranka. Przeczuwała to Ukochana z Pieśni nad Pieśniami, gdy mówiła: «Znalazłam umiłowanego mej duszy. Pochwyciłam go i nie puszczę, aż go wprowadzę do domu mej matki, do komnaty mej rodzicielki». Inaczej ujmuje to czterowiersz Marty :
«Jezu, złącz nasze serca podwójną obręczą Twoich rąk,
Maryjo, przypieczętuj jej słodkie pierścienie
aby moje oddanie było równe mojemu cierpieniu,
i by płonęły ogniem mojej coraz większej miłości…»
.


Ojciec Alain Bandelier,
Ojciec Ogniska Miłości w Combs-la-Ville (Seine-et-Marne).

Châteauneuf-de-Galaure, 31 maja 2003, w święto Nawiedzenia.